fot. Salezjański Ośrodek Misyjny w Warszawie

wtorek, 27 grudnia 2011

Boże Narodzenie, czy magia świąt.

    
    Myślę, że Boże Narodzenie na misjach to temat bardzo mile widziany na blogu. U mnie właśnie kończą się te święta. Jest 25 grudnia, niedziela. Dla pracowników Bosconii właściwie zwykły weekend. Wczoraj pracowali normalnie do 12-13, a dziś niedziela, wolne. Jutro o 7.00- 8.00, znów tu zawitają. Niestety, kalendarz nie był łaskawy w tym roku i nie dał im żadnego dnia wolnego. Jak przeżyłam święta? Szczerze mówiąc obawiałam się, że będzie trudniej. Mogę spokojnie stwierdzić, że przeżyłam te święta tak, a nie inaczej, dlatego, że jestem w Ruchu Światło- życie. Przeżywanie od 9 lat, co roku rekolekcji wakacyjnych, a w ich trakcie, świąt Bożego Narodzenia, nauczyło mnie, że Boże Narodzenie to nie tylko chłód, śnieg, choinka, wigilijne potrawy. To nawet nie rodzina, zapach ciasta, czy najlepsze uszka mamusi wyrobu. Zdarzało się już, że przeżywałam bardziej w sercu właśnie to „imitowane” Boże Narodzenie w środku lata. W letniej sukience, śpiewając kolędy w gorący letni wieczór z grupą kilkudziesięciu mniej lub bardziej znanych mi osób. Podobnie było i tu. Upał, w każdym sklepie amerykański święty Mikołaj, supermarkety otwarte 24h z promocjami na prezenty od godziny 2 do 4 w nocy i napływające z każdej strony dźwięki „Feliz Navidad” na melodię „Jingle bells”. Już w środę przyżywaliśmy kolację wigilijną we wspólnocie. 2 księzy, 3 zakonnice, 4 braci zakonnych i my, dwie gringi dziwiące się, że na Wigilię je się indyka. No właśnie, był indyk, koniecznie. Ten sam, którego szczepiłyśmy dwa miesiące temu. I szampan był (oczywiście nie piłam, już wszyscy wiedzą, że jestem w KWC i nawet nie próbują mnie namawiać na próbowanie niczego).  
Była też choinka i wspólne nabożeństwo adwentowe do Matki Bożej, Królowej adwentu. Nawet i prezenty były. W czwartek kolejna wigilia, tym razem z pracownikami szkoły. A później zakupy, nocne pieczenie ciastek dla dwóch braci wyjeżdżających na święta, a w piątek znów zakupy, bo przecież kupienie tutaj wszystkiego co potrzebne, wcale nie jest takie proste. Zwłaszcza jak się wie, że na niedzielny obiad potrzebne jest ci mięso mielone, a w hipermarkecie, do którego w końcu udało ci się dotrzeć akurat popsuła się  maszynka do mielenia. Sobota to dzień, w którym zrozumiałam co czuła moja mama w każdą wigilię. Cały dzień w kuchni przygotowując ciasta, uszka, barszcz, rybę po grecku, by w końcu przebrać się w biegu i zasiąść do kolacji. W dużo mniejszym gronie. Był opłatek przysłany z SOM-u i barszcz z uszkami. Ale klimatu nie było. Bo klimat jest typowo polski. Nasza kolacja trwała 40 minut, a później każdy poszedł przygotowywać się do mszy, której nazwa -„Missa de gallo”- za nic w świecie nie kojarzy się z pasterką. Doris kojarzy się z kurą. (gallina-hiszp.). Podczas mszy, przed śpiewem Gloria, nastąpiło procesyjne „wniesienie Pana Jezusa i ułożenie w żłóbku”. A później radosne „Grande aplauso para Niño Jesus”, czyli wielkie brawa dla Pana Jezusa  i koniecznie dla Matki Bożej także. Po mszy życzenia, uściski i pogawędki. Zwyczajem tutaj jest jedzenie kolacji dopiero po mszy świętej, dlatego dość szybko wszyscy udali się do swoich domów. My we wspólnocie spotkaliśmy się, aby wypić tradycyjną bożonarodzeniową gorącą czekoladę i zjeść pannetona, a o 24.00 fajerwerki.  Zamiast je oglądać śpiewałyśmy sobie z Doris w kaplicy polskie kolędy.
    Czy było ciężko? Było inaczej niż zwykle. I było pięknie. Bo Jezus wcale nie urodził się w dogodnych warunkach. Matka Boża na pewno nie taki klimat wymarzyła sobie do narodzin pierworodnego syna, w dodatku Syna Bożego. A jednak, narodził się w stajence, a i tak aniołowie wyśpiewywali Mu chwałę. Zabraklo polskiej ¨magii¨ swiat, ktora kocham calym sercem, ale narodzil sie Bog, a to o wiele wazniejsze od calej otoczki!:) 

wtorek, 20 grudnia 2011

Listy, Gran Bazar, czekolada i puste miejsce przy stole.

    Jak już kiedyś wam pisałam, na naszej misji wszystko zmienia sie jak w kalejdoskopie. Emocje, samopoczucie, wspomnienia. Przez ostatni czas żyłyśmy juz świętem oratoriów, bazarem, Bożym Narodzeniem dla dzieci, pożegnaniami, Bozym Narodzeniem dla animatorow. Ale wszystko po kolei…


    
    08 grudnia, uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP. W Polsce kojarzyła mi się tylko z oazą i przyjęciem do deuterokatechumenatu. Tutaj dowiedziałam sie, że 08 grudnia uznaje się za datę, powstania pierwszego oratorium księdza Bosko. W salezjańskim świecie Ameryki Południowej, jest to wielka fiesta dla wszystkich oratorianów. W Bosconii, organizowaliśmy dla nich gry i zabawy (salezjańskie oczywiście). Po mszy porannej rozdawaliśmy także czeki, na których widniała liczba bosków, czyli salezjańskiej waluty.  Kwota bosków na czeku zależała od liczby obecności w oratorium przez cały ostatni rok. Oczywiście, aby takie czeki wystawić dla około 500 dzieci, najpierw trzeba było poświęcić kilka nocy na policzenie obecności, a następnie jedną noc na wypisanie imiennych czeków dla wszystkich dzieci. Jednak popijanie kawy, zajadanie słodkiego popcornu i  słuchanie peruwiańskiego radia, a także towarzystwo prawie wszystkich braci, którzy pomagali w pisaniu, sprawiło, że nie było tak źle. Same święto przebiegło, jak to w Peru, troszkę nerwowo. Niestety spora część rzeczy robiona na ostatnią chwilę, przy takiej liczbie dzieci, powoduje, że kilka osób musi biegać w każdą stronę załatwiając to i owo. Niestety tym razem bieganina przypadła mi w udziale i jak wyglądał bazar dowiedziałam się tylko z opowieści Doris. Ale uśmiechnięte twarze dzieci, które musieliśmy odwozić z bratem do domów, gdyż wyszły późno z Bosconii i bały się wracać same, rekompensowały wszystkie nerwy. 


    Kilka dni później kolejna wielka fiesta, choć limit miejsc zmniejszony do 300. Navidad del niño- Boże Narodzenie dla dzieci, czyli gorąca czekolada i prezenty dla wszystkich dzieci, które rzeczywiście uczęszczały cały rok do oratoriów. Zdecydowanie mniej nerwów i lepsze zorganizowanie wszystkiego. 


Niby już spokojniej, bo Navidad del Nino kończy działalność oratorium, ale pozostaje jeszcze zorganizować Navidad de jovenes, czyli czekoladę dla animatorów i wszystkich, którzy pomagali w Bosconii w ciągu roku. A to kolejne listy, kolejne adresy, kolejne  prezenty do spakowania na ostatnią chwilę. Bo jak to napisała Kasia na swoim blogu z Calci: „po co się śpieszyć, jesteśmy w Peru”. „O señorita Secretaria” usłyszałam wczoraj, kiedy kolejny raz czekałam- z listami w ręku- w kolejce, aby dostać się do bardzo okupowanego w ostatnich dniach, biura Padre Pedro.
Grudzień to u nas także miesiąc ewaluacji pracy, inwentaryzacji pomieszczeń, sprzątania i pożegnań. Wczoraj przyszły oficjalne listy posłuszeństwa od księdza inspektora dla wspólnoty. Jeden z braci wyjechał jednak już wcześniej. Nasz kompan z oratorium, brat Elias. Największy uśmiech przy stole i największe wsparcie w codziennej pracy. Jako dla łasucha przygotowałyśmy mu ciasto z bitą śmietaną i paczkę ze słodyczami i innymi drobiazgami, które wręczyłyśmy mu podczas ostatniej wspólnej kolacji we wspólnocie mówiąc tylko, że będziemy tęsknić. Za naszymi piątkowymi wieczornymi zebraniami, za uśmiechem dziecka, za jedzeniem ciastek razem z zupą i wielkim zeszytem, w którym zawsze wszystko było zapisane. Teraz pozostałyśmy same na placu boju, na kolejny rok ksiądz inspektor nie wysłał żadnego kleryka na jego miejsce. Na pytanie, kto w takim razie będzie teraz zajmował się oratorium, usłyszałyśmy odpowiedź: „Wolontariuszki”. Także tak.  Trzymajcie kciuki!


piątek, 9 grudnia 2011

„Gwiazdy dla ludzi mają różne znaczenie. Dla tych, którzy podróżują są drogowskazami (…), lecz wszystkie te gwiazdy milczą. Ty będziesz miał takie gwiazdy, jakich nie ma nikt. Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.”


    Tego posta dedykuję wszystkim moim gwiazdom, które sprawiają, że mimo 13 tys. km, które dzielą mnie od domu, nie czuję się samotna. Dziękuję za CODZIENNEGO maila i smsy, rozmowy z kamerką i bez, pachnące chusteczki, mikołajkowe smsy, elaboraty na 4 strony, kartkę z papeterii z napisem „Hermana uśmiechnij się”, pozostawioną na łóżku. Dziękuję za ręcznie robioną pocztówkę i zdjęcie Mikołaja- Dyrektora, za sianko, zdjęcia dzieci, konferencje, sprawozdanie z domu, które rozśmiesza do łez i za wszystkie maile, te pisane ukradkiem w pracy i te, na które trzeba czasem długo poczekać. I za modlitwę, którą po prostu czuć.
    Nie tylko w dzieciach, dla których tutaj jestem objawia się Bóg. Także w każdym z Was, pokazuje mi nieustannie swoją MIŁOŚĆ. Jedyne, co mogę ofiarować w zamian, to oddanie was wszystkich, których noszę w sercu, właśnie TEMU BOGU, którego niepojęta Miłość i łaska dosięgają nas każdego dnia… 

wtorek, 6 grudnia 2011

Deja vu


    Idąc wczoraj na poranne modlitwy ze zdziwieniem stwierdziłyśmy, że kolejny raz jest poniedziałek… Chyba mam deja vu, że znów idziemy na medytacje na 6.20, kolejny raz moja kolej na otwierania bramy o 8.30. Uciekł mi jakiś tydzień, bo już dawno nic nie pisałam na blogu. Tak właśnie szybko mija czas na misjach. Przynajmniej w Piura. Żyjemy czymś jeden dzień, przeżywamy to, a następnego dnia życie toczy się dalej i po kilku dniach już ciężko sobie przypomnieć co się robiło wcześniej.  Posta o oratorium codziennym zaczęłam pisać tydzień temu, ale nie miałam czasu skończyć. Tydzień upływał nam bowiem pod znakiem rozdawania na dzielnicy różowych ulotek, informujących o wydarzeniach w Bosconii: o Adwencie, nowennie do Bożego Narodzenia, ostatnim chrzcie w tym roku kalendarzowym, bezpłatnej kampanii medycznej, święcie oratoriów itd. W ten sposób upłynęło 5 dni, a w sobotę trzeba było już zapomnieć o ulotkach, gdyż o 8.00 rano odbywała się w Bosconii Pierwsza Komunia, do której przystępowało prawie 200 dzieci, a my odpowiedzialne byłyśmy za robienie zdjęć. Poza tym, było to wydarzenie ważne także dla nas, ponieważ Komunię przyjmowały także niektóre nasze dzieci z oratorium. Jeden chłopczyk zaprosił nas po uroczystości do siebie do domu na obiad także sobota upłynęła niepostrzeżenie. A niedziela? Fotografowania ciąg dalszy. O  godz. 9.00 miało zacząć się bierzmowanie, którego udzielał biskup. Jednak jak to w Peru, nie zaczęło się punktualnie, a z godzinnym opóźnieniem. Utrzymać dzieci  w kościele przez godzinę- niemożliwe, przynajmniej tutajJ 

    Wczoraj zaczęło się u nas triduum przed uroczystością Niepokalanego poczęcia NMP, codziennie popołudniu mamy mszę z dziećmi ze wszystkich oratoriów. Dziś pierwszy raz będę coś czytać w kościele, gdyż za obstawę mszy odpowiedzialne jest moje oratorium niedzielne. W czwartek natomiast wielka fiesta u nas, święto wszystkich oratorianów i bazar. Ale opiszę wam wszystko jak już będzie po. Teraz czas na obiecamy fragment o oratorium codziennym…

    Jak już wspominałam w poprzednim poście, na co dzień jesteśmy z Doris współodpowiedzialne za „oratorio diario estudio dirigido”, czyli douczanie szkolne. Działamy głównie we trójkę: Doris, ja i nasz Braciszek, który wcale się nie obraża, kiedy mówimy na niego, że jest naszym  dużym „dzieckiem” , gdyż czasem śmieje się  i cieszy jak niejedno z naszych dzieciakówJ Z pomocą w tłumaczeniu lekcji przychodzą nam rano 2 lub 3 animatorki, popołudniami zaś uczniowie szkoły technicznej, którzy co prawda niekiedy wymagają więcej uwagi niż nasze dzieciaki,  są jednak  niezastąpieni w tłumaczeniu zadań z komunikacji, które czasami dalej są dla mnie tajemnicą.  Najbardziej poszukiwaną osobą popołudniami jest brat Jose, dla którego matematyka nie ma tajemnic oraz panie profesor z uniwersytetu, które przychodzą 2x w tygodniu. Oratorium działa rano od 8.30 do 11.15 i popołudniami, od 14.30 do 17.30. Przez 3 miesiące pobytu tutaj, próbowaliśmy różnych sposobów rozłożenia sił, aby jak najlepiej pomagać dzieciakom w lekcjach. Zaczynałam od zajmowania się 1 kl. Szkoły średniej, później trafiłam do chłopców z 5 podstawówki, których energia przerosła moje oczekiwania. Od dłuższego czasu jestem jednak odpowiedzialna za   4 klasę i dziewczynki z  5 klasy szkoły podstawowej. 

    Początkowo nasza rola w oratorium ograniczała się do próby wprowadzenia choć odrobiny dyscypliny, ponieważ to, co zastałyśmy po naszym przyjeździe, dalekie było od CISZY, której chciałby Padre. Bariera językowa i nieznajomość systemu edukacji w Peru nie pozwalało nam na zbyt wiele. Teraz jednak, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, dzielenie, mnożenie, obliczanie pola figur nie stanowi już problemu. Nadal jednak uśmiecham się sama do siebie, kiedy tłumaczę jakiemuś dziecku zadania z języka hiszpańskiego. Ostatnio jedna dziewczynka zapytała mnie o jakiś nieregularny czasownik w czasie przeszłym. Sama byłam w szoku, że znam jego formę . Człowiek czasami sam sobie nie zdaje sprawy, kiedy uczy się języka.
Dziś będziemy uczyć się z moimi urwisami, z jakimi krajami graniczy Peru. Wczoraj dowiedziałam się bowiem od jednej z dziewczynek, że  północnym sąsiadem Peru jest ESPANA, a od drugiej, że LIMA. Mała porcja geografii nie zaszkodzi nikomu!

czwartek, 24 listopada 2011

ORATORIUM W PIASKU


Pisałam wam, że pracujemy w oratorium, nigdy jednak nie opisałam jak ta praca wygląda.  A oratorium w Piura nie wygląda tak, jak oratorium w Szczecinie na Gumieńcach, na Witkiewicza, czy w Dębnie. Na oratoria tutaj składają się: oratorium codzienne- douczanie szkolne, oratorium sobotnie i oratoria peryferyjne, które działają tylko w niedzielę. Pierwszego posta poświęcę opisaniu wam tego ostatniego…

Moje oratorium niedzielne jest jednym ze starszych działających tutaj. Pamiętają je pewnie wszystkie poprzednie wolontariuszki. Znajduje się niby tuż za murem Bosconii, a jednak tak daleko. W najbiedniejszej i podobno niebezpiecznej części dzielnicy. Nie ma żadnej bramy od strony gospodarstwa, więc aby dojść do Villa Kurt Beer, gdzie znajduje się nasz kawałek piasku i nasze dzieci, musimy obejść Bosconię dookoła. Zbieramy się o 14.30, pompujemy piłki, chwytamy worki, w których trzymamy paletki, piłki do nogi i do siatki,   linę, skakanki, puszki, które służą do gry w kręgle, czyste kartki i kredki i ruszamy spacerem do naszych dzieci. Jeszcze wpakowujemy jakiemuś chłopakowi wiadro z piciem dla dzieci i karton  ciasteczek, które rozdamy im pod koniec oratorium. Przychodzimy na miejsce, gdzie za boisko służy nam spory kawał niezagospodarowanego piasku. Jako schronienia  i magazynu na rzeczy, użycza nam swojego domu zaprzyjaźniona rodzina.Ostatnio jednak, pomogła nam pani z domu obok. 
Są niedziele, kiedy dzieci na nas czekają, a są takie, kiedy nie ma nikogo. Ruszamy między domy, zbudowane z płyt i trzciny, by zaprosić dzieci do wspólnej zabawy. Nie wszystkie chcą przyjść. Powody są różne- od zgubienia karnetu i nieświadomości, że można przyjść bez niego, do tego, że rodzice zwyczajnie boją się spuścić swoje dzieci z oczu. Kiedy już zbierzemy się w jednym miejscu, gramy w siatkę, chłopcy oczywiście w nogę, odbijamy lotkę, rysujemy, gramy w kolory, czy w chustę. Mnie kłują kolce, które spadają w nielicznych drzew rosnących w pobliżu. Mimo, że mam na sobie japonki, zawsze coś wbije mi się w stopę. Jednak dzieciom nie przeszkadzają kolce, one grają w piłkę bez butów. Tarzają się w piasku, ale najbardziej lubią się przytulać. Kiedy tylko przychodzą, krzyczą głośno i od razu podbiegają. Rzucają się na szyję, łapią za ręce, wiecznie pytają jak się mówi jakieś słowo po polsku. Dzieci są kochane i tyle. I cieszą się, że ktoś przychodzi dla nich i chce się z NIMI bawić i spędzać z nimi czas. 

Po czasie na gry i zabawy luźne, zbieramy się na modlitwę i kilka zabaw wspólnych, po których rozchodzimy się na grupki wiekowe, a których animatorzy przeprowadzają przez 15-20 min katechezę. Na początku mojego pobytu, miałam problemy z uporządkowaniem tego, co działo się w oratorium. Przychodzi bowiem pomagać aż 18 animatorów. Niestety niektórzy przychodzili bardziej by poprzeszkadzać niż pomagać, a słaba znajomość języka nie pomagała. Poprosiłam braci, aby któryś mi pomógł. Teraz, powoli wychodzimy na prostąJ I obyło się beż żadnych strat ilościowych. Wszyscy wzięli się do pracy i powoli tworzymy fajną ekipęJ 

czwartek, 17 listopada 2011

Taki sobie obrzydliwy post, czyli INDYKI TO NIC.

    Jeśli ktoś mnie zna, wie, że brzydzę się pająków i innych robali. Może się nie boję, ale brzydzę się strasznie. No, ale jestem na misjachJ  Na początku mojego pobytu tutaj nie mogłam zrozumieć słów Moniki Winiarskiej (wolontariuszka MWDB, która spędziła 1,5 roku w Domu Ksiedza Bosco w Limie), która w swojej książce: „Serce dla Peru” pisze, że z Piura najbardziej zapamiętała dużą ilość robaków. Nie zauważałam ich. Ale teraz zauważam. Dopiero po kilku dniach spędzonych w Bosconii, odkryłyśmy naszą zmorę, którą są maleńkie, mało widoczne robaczki, które w domu można liczyć chyba w milionach. Chodzą po stole, owocach, a także po szklankach i talerzach. Jest ich pełno w szufladzie ze sztućcami i szafce z talerzami. Pewnego razu chciałyśmy się ich pozbyć na zawsze. Myłyśmy, wycierałyśmy, traktowałyśmy, znalezionym w magazynie u księdza, płynem odkażającym, parzyłyśmy we wrzątku. Niestety, stołem bez robaków cieszyłyśmy się jedynie podczas jednej kolacji, później „nasi mali przyjaciele” pojawili się znowu, a my postanowiłyśmy więcej nie poświęcać dwóch dni na walkę z nimi. Ostatni czas mija nam pod hasłem „ratoncito”. W naszym pokoju mieszka bowiem mysz. Zauważyłam ją oczywiście ja, kiedy przebiegła raz w kuchni. Przyznam, że troszkę to zbagatelizowałyśmy, jednak kilka dni temu wieczorem zauważyłam ją znowu pod jedną z szafek. Jeden z braci podarował nam truciznę, którą rozsypałyśmy w kilku miejscach naszego mieszkania, by po dwóch dniach znaleźć ją w szufladzie z farbkami dla dzieci itp. Poświęciłyśmy jedno południe na przeszukanie pokoju, bez efektów. Załamane, poprosiłyśmy nawet braci, by przyszli z pomocą i w tej sposób pozbawiłyśmy się azylu, do którego wcześniej jeszcze nikt poza nami nie wchodziłJ niestety i braciom nie udało się nic znaleźć mimo odsuwania szaf, lodówki, kuchenki. Ale to nic, nasza mysz żyje dalej, ponieważ następnego dnia kolejny raz znalazłyśmy rozsypaną truciznę. I tak sobie żyjemy w symbiozie pewnie już ze 2 miesiące.  Na szczęście Doris jest bardziej odważna niż ja i w awaryjnych sytuacjach ona pierwsza sięga po szczotkę by zabić ewentualne cucarache i mini jaszczurki.
    A poza tym, wybaczcie, że dawno nic nie pisałam, ale naprawdę tak się złożyło, że nie było na to czasu. Ale żyjemy i poza drobnymi, permanentnymi przeziębieniami, mamy się dobrze! Uwaga znamy nową receptę na grypę, hiszpańską! Oczywiście poza herbatą z limonką. Cebula+sok z LIMONKI+miód. Buziaki i do usłyszenia!

wtorek, 8 listopada 2011

Kocham CIĘ POLSKO!

     Zawsze uważałam się  za „prawie” patriotkę. Piszę „prawie”, ponieważ niestety nie mogę się pochwalić bardzo dobrą znajomością historii. Przyznaję, że mimo wielkich starań mojego wychowawcy w LO, posiadam wiedzę na temat przeszłości mojego kraju, jedynie w stopniu podstawowym, co nie pozwala mi na nazwanie się w 100% „patriotką”. Teraz jednak będąc tak daleko od DOMU, doceniam go jeszcze bardziej. 


Nie będę pisać o jedzeniu, które nigdzie nie jest tak dobre jak w Polsce, ani o pięknie naszych miast, pięknie kościołów,bo oczywistości nie trzeba komentować. Stwierdziłyśmy jednak ostatnio z Dorotą, może dość surowo, że w Peru nie istnieje coś takiego, jak „sacrum”. Nie ma miejsca, gdzie niektórych rzeczy się po prostu nie robi. Nie jest dla nikogo dziwne jedzenie w kościele, odbieranie telefonu podczas mszy świętej, rozmawianie w kaplicy na pełen głos (szeptu jeszcze nie odkryto), sprzedawanie lodów na cmentarzu, stanie podczas przeistoczenia, ani to, że można w niedzielę przyjść na połowę jednej mszy, a później na połowę drugiej, zamiast na jedną całą. Zatesknilam tez za pieknem szczecinskiego cmentarza, kiedy w Uroczystosc Wszystkich Swietych udalysmy sie z bracmi na spacer po cmentarzu, ktory okazal sie poltargowiskiem z jedzeniem i zarowkami oraz punktem wynajmu drabin . Dlaczego sprzedaja zarowki i po co te drabiny? Zarowki montuje sie przy kazdej tabliczce z nazwiskiem zmarlego, po to by moc przyjsc w nocy z 1 na 2 listopada odwiedzic grob. Dlatego 1 listopada cmentarz jest pelen poprzewieszanych i poplatanych kabli, ktore zwisaja nad glowami przechodniow. Chlopcy z pobliskich miasteczek wynajmuja zas drabiny po to, by dostac sie do grobow polozonych w najwyzszych rzedach. Niestety tylko nielicznych stac tutaj na grob w ziemi, pojedynczy.
     Nie udało nam się doświadczyć w Peru także CISZY. Jakże doceniam teraz ciszę mojego pokoju na poddaszu, ciszę naszej szczecinskiej katedry, do której możesz wejść, by w CISZY spotkać Boga. Kto był w Ameryce południowej, wie, że tutaj wszędzie panuje hałas. Dzieci przynoszą go z domu, dlatego wprowadzenie ciszy w klasie, gdzie odrabiają lekcje graniczy z cudem. Stojąc metr ode mnie, moja ulubiona uczennica María Petronilla krzyczy do mnie na całe gardło. W naszym pokoju ciszy nie doświadczamy przez 24h. Muzyka włączona jest u naszych sąsiadów cały dzień, a czasem także w nocy, czasem ni stąd ni z owąd ktoś zaczyna gwizdać przez 10 minut głośnym gwizdkiem. Naszej pobudce towarzysza natomiast okrzyki sprzedających chleb i gazety wędrownych kupcow. Jak ostatnio stwierdziła Doris: „nawet w kaplicy nie ma ciszy, bo zaraz za drzwiami stoi klatka z 25 kanarkami”.  
     W mojej nowej rzeczywistosci musialam odkryc po raz kolejny, ze cisze trzeba odnalezc w swoim sercu, cokolwiek by sie dzialo. Nie jest to latwe kiedy otacza cie halas, w glowie huczy od krzyku dzieci, a i krew nieraz szybciej krazy od zdenerwowania. Jesli jednak nie odnajdziesz Boga w ciszy swojego serca, przegrasz. On tam jest i nie potrzebuje wielu slow. Wystarczy zostawic wszystko inne, spojrzec na Krzyz i z niego czerpac sile do dzialania.

¨ W ciszy szukam słów, by podziekowac za Twa Milosc. W ciszy jest moj Bóg, tam zawsze szukam Go(...) nie szukam pustych slów, bo cisza jest moj Bóg, On jest Panem mym...¨