fot. Salezjański Ośrodek Misyjny w Warszawie

poniedziałek, 26 marca 2012

Silver Metallic

Na początku ksiądz Czarny i ksiądz Kazimierz. Później już ksiądz Kaziu. Oazowy wzór, przyjaciel i nauczyciel dla wielu.  Jedna z osób, o których myśli się, że ich nigdy nie może zabraknąć. Że jest „chroniony”, że nigdy nie umrze. Przynajmniej jeszcze bardzo długo nie. Ale przecież to właśnie to, powtarzał pokoleniom oazowiczów: „Pan Bóg ma dla Twojego życia doskonały plan”.  Dla jego życia też miał plan. Zupełnie inny niż się spodziewaliśmy.

Siedzę tysiące kilometrów od wszystkich, którzy wspólnie modlą się nad jego grobem w pierwszą rocznicę narodzin dla nieba i wspominam…  Moje pierwsze rekolekcje i dzień wspólnoty oraz mszę odprawianą przed wejściem do pałacyku w Trzcińcu. Tę niską siwą postać, o której animatorzy  mówili nam: „to ksiądz Czarny, a teraz już Silver Metallic, założyciel oazy salezjańskiej i moderator generalny”.  Rok później moje pierwsze rekolekcje we wspomnianym pałacyku i liczne konferencje o modlitwie. Jego białą albę i położony na ołtarzu dyktafon księdza Groszka, który juz wiedział, że nie można uronić ani słowa, z tego co mówi Czarny. Słynny wsrod oazowiczow, wyrzeźbiony przez pewnego alkoholika, krzyż w kaplicy ośrodka wychowawczego i te słowa: „Wpatruj się w  krzyż. Przyjdź tutaj i po prostu na Niego patrz, jak przyjaciel na przyjaciela, bez słów”. Te słowa brzmią mi w uszach do dziś i za każdym razem, w każdym miejscu, kiedy patrzę na krzyż wiszący za ołtarzem, przypominam sobie właśnie ten z Trzcińca, przed którym ks Kaziu spędził tyle godzin i dni na modlitwie.  A modlił się wiele. Jak wspominał ktoś po jego śmierci : ”Swym dobrem i miłością hojnie potrafił obdarować liczne osoby nie tylko ze swego otoczenia. „Księże Kazimierzu … potrzebna modlitwa … moja córka … zła diagnoza lekarska” „Tak – jutro godz. 7.00 rano odprawię mszę świętą w jej intencji i obiecuję – będę się modlił.” I modlił się. Tylko Pan Bóg wie ile … Powiedział też „zobaczycie będzie wszystko dobrze, na święta Bożego Narodzenia będziecie radośni…” I tak było. Druga sytuacja. „Księże Kazimierzu – młoda, mądra, podobno bardzo piękna studentka poważnie choruje. Cierpi na bardzo trudną w leczeniu chorobę. Stan zdrowia dziewczyny – zły. Ksiądz Kazimierz pyta – imię? I jednoznacznie deklaruje – „będę się bardzo modlił. W jej intencji. Wierzę, że pan Bóg mnie wysłucha.” I wysłuchał. Ku zadziwieniu lekarzy choroba zaczęła się cofać. Dziewczyna wyzdrowiała, skończyła studia, pracuje.”

Wspominam moje niestety jedyne rekolekcje z ks Kaziem jako animatorka. W kolejnym Ośrodku wychowawczym, w którym pracował, w Rzepczynie. Słynną kawę o 9.00 rano, która tym razem, ze względu na chorobę,  musiała zamienić się na kakao i jego złośliwe lecz pełne śmiechu uwagi  w stylu: „czy ta zakonnica musi mi ciągle dawać to kakao do picia, jak dziecku?” w kierunku zatroskanej siostry Janki. Jego ostre : ”wejść” w odpowiedzi na moje lękliwe pukanie do drzwi i stukanie pięścią w głowę ze słowami: „dziecko, czyś ty oszalała, chcesz być prawnikiem? Przecież ty się nie nadajesz na prawnika”.   Miłość, którą otaczał wychowanków, czyli  „swoich chłopców” mówiąc nam, że to przede wszystkim ich dom.  Ich łzy i słowa : „dziękuję Tato” wypowiedziane na pogrzebie, przed zgromadzonym tłumem ludzi, są doskonałym świadectwem tego, jaką miłością otaczał ich na co dzień.  Wspominam także jego skupienie w czasie celebrowania Eucharystii i charakterystyczne spowolnione, bardzo dobitnie wypowiadane każde słowo podczas przeistoczenia, kiedy czuło się bardzo mocno, że na ołtarzu staje się Cud.

Spodobały mi się słowa ks Tomka M. napisane na stronie parafii w Pile, po śmierci x Czarnego: Trudno jest mi dziś powiedzieć co miał w sobie, bo przecież nie grał w piłkę, nie grał na gitarze, nie opowiadał kawałów, a chciało się usiąść obok Niego jak Ewangeliczna Maria u stóp Jezusa.” Właśnie tak było. Nie grał w piłkę i nie głaskał po głowie. Krzyczał. Czasem musiał, z troski i miłości, jaką nosił dla nas w swoim sercu. Byśmy nigdy nie zapomnieli, co znaczy Światło- Życie. I może właśnie za to tak go pokochaliśmy? Za to, że zawsze miał odwagę powiedzieć, że można być tylko gorącym albo zimnym, a nie letnim. Że można być albo całkowicie za Jezusem, ze wszystkimi konsekwencjami, albo nie można mówić, że się jest Katolikiem. I za to, że kiedy było trudno mówił: „nie martw się dziecko, Pan Bóg wie co robi”.

Pan Bog wie co robi. I wiedzial co robi stawiajac xCzarnego na drogach tylu mlodych ludzi. Dziekuje Bogu za to ze stal sie czescia i mojego zycia. A dzis jakos nie potrafie modlic sie za niego, a juz raczej tylko przez niego: Ksieze Kaziu, wstawiaj sie za nami, bysmy potrafili z Krzyza czerpac moc do zycia. 

wtorek, 20 marca 2012

Solone Lay’s

Siedzę sobie w pokoju zajadając solone Lay’sy. Samo to już jest dziwne, bo przecież ja nie lubię solonych chipsów. Tyle, że w Peru nie ma innych. Czasem, w lepiej zaopatrzonych sklepach można jeszcze kupić takie o smaku „peruano”, ale u nas, na slumsach takich rarytasów nie ma.


Jedzenie solonych chipsów to nie jedyna rzecz, która mnie ostatnio zaskakuje. Przez jakiś czas wydawało mi się, że spędzone tutaj prawie 7 miesięcy sprawiło, że już się przyzwyczaiłam do tutejszych obyczajów. Nic jednak tak mylnego. Nie pamiętam z jakiej to okazji Doris stwierdziła ostatnio: „jeśli jeszcze kiedyś powiem, że Peru już mnie niczym nie zaskoczy, puknij mnie w głowę”. I miała rację.

Po oratorium porannym idziemy do pobliskiej szkoły podstawowej, by zapytać dyrektora, czy możemy przejść się po klasach rozdając ulotki i zapraszając dzieci do oratorium. W tej części dzielnicy, widok dwóch „coloradas” spacerujących samotnie chyba nadal jest czymś nowym, ponieważ nie udaje nam się uniknąć zainteresowanych spojrzeń dzieci i gospodyń, ani pogwizdów wylegujących się w domu Peruwiańczyków, którzy o tej porze wcale nie rwą się by wychodzić na palące słońce. Szukamy wejścia do szkoły, oczywiście przyszłyśmy ze złej strony, więc musimy obejść ją dookoła, ponieważ tutaj szkoła to kompleks budynków otoczonych murem. Wchodzimy, wita nas sympatyczny pan woźny, który prowadzi nas do „gabinetu” dyrektora. Pan dyrektor w średnim wieku, niebieska koszula z rozpiętymi najwyższymi guzikami, czarne spodnie. Wita nas bardzo serdecznie, my wyjaśniamy z jaką sprawą przychodzimy. W konwersacji pomagam nam pani sekretarko- sprzątaczka. Siedzi sobie w fartuchu na krześle w gabinecie dyrektora i czasem włącza się do rozmowy. Okazuje się, że dzieci kończą lekcje godzinę wcześniej aż do końca marca, z powodu upału, który utrudnia prowadzenie zajęć. Upałem pan dyrektor tłumaczy swoją rozpiętą koszulę i grzecznie wypytuje nas o atrakcje turystyczne, które miałyśmy okazję zwiedzić. Pani sekretarka wstaje i pyta dyrektora: „agua?” Po twierdzącej odpowiedzi dyrektora, wbrew moim oczekiwaniom, nie przynosi mu szklanki wody, lecz wielką butlę, którą zaczyna polewać podłogę w gabinecie. Jeśli można to pomieszczenie tak nazwać. Czysty beton jako podłoga, różne figury, transparenty, poskładane flagi, wszystko pokryte grubą warstwą piasku wskazuje bardziej na składzik szkolny. Plus jeszcze 2 psy wylegujące się leniwie w rogu pomieszczenia. Jedynie mała biblioteczka zapełniona teczkami z napisami „1 grado prymaria”, „3 ano secundaria” (1 kl podstawowa, 3 klasa LO), zdradzają, że to chyba jednak gabinet dyrekcji.

Idę na chwilę do oddalonego jakieś 100m, CETPRO Maria Mazarello, do sióstr salezjanek. Jedna z nauczycielek, wiek ok 60 lat, podcina mi końcówki włosów. Płacę- 2 sole. Czyli jakieś 2,5 zł. Biorąc pod uwagę, że butelka coca-coli 0,5l kosztuje tutaj 1, 20 sola, a 1 kg mąki prawie 4 sole, płacę dość tanio. Wracając widzę chłopca w wieku może 8-9 lat. Stoi sobie spokojnie przed swoim domem i odwrócony w stronę jezdni (trzeba zauważyć, że to jedna z głównych ulic na dzielnicy, pokryta asfaltem i z oświetleniem), załatwia swoje potrzeby fizjologiczne. Co sobie myślę? „mmhm, jesteśmy w Peru”.

Zapytaj dwóch zakochanych w Polsce jak często się spotykają. Doris odpowiedziała ostatnio: „no jak to- w każdą wolną minutę”! Tutaj, po 5 miesiącach pobytu odkryłam, że dwóch animatorów z oratorium są parą. Mają oboje ponad 20 lat, mieszkają jakieś 500m od siebie i widują się mniej więcej raz na dwa dni. Bo przecież częściej jest nudno. Powoli zaczyna do nas docierać m.in.  dlaczego w Peru prawie nie ma małżeństw, a większość naszych dzieci ma dużo „semi-hermanos”, czyli „pół- braci”.

Popołudnie, przed bramą oratorium kilka zaparkowanych moto, a w nich oczekujący na swoje dzieci rodzice. Nagle podchodzi dwóch młodych chłopaków, wyciągają z pojazdu mężczyznę, szarpią się z nim, chcąc mu ukraść radio i pieniądze. Pan okazuje się silniejszy od nich, więc odchodzą. Ale dzieci moją się wyjść za bramę Bosconii. Wszyscy ich znają. Policja także. Ale wszyscy się ich boją, bo to tzn. „vagos”, którzy kradną, najczęściej grożąc nożem. Pytam jednej z animatorek dlaczego nikt nie zawiadamia Policji, na co słyszę, że Policjanci się ich boją, bo też mieszkają na dzielnicy i „vagos” przyjdą później do ich domów. Inna część policjantów to ich koledzy, a jeszcze inni są przekupieni i tak jest od zawsze. Poczułam się jak w jakimś nieszczęsnym filmie.

Niedziela, idziemy z moimi nowymi animatorami do oratorium peryferyjnego zapraszać dzieci. W sobotę na spotkaniu wszystko ustaliliśmy, idziemy od domu do domu mówiąc, że w najbliższą niedzielę zaczynamy. sprzeciwów nie było. Docieramy na miejsce, gdzie okazuje się, że kawałek piasku, który służył nam za boisko, jest cały rozkopany, ponieważ mają zamiar kłaść tam rury. Pytam zatem naszej znajomej pani ze sklepiku, ile dni to potrwa. W odpowiedzi słyszę śmiech animatorów i głos Davida, jednego z katechetów: „Ana, jesteśmy w Peru! Do końca roku nie skończą”. No tak. Pozostaje nam przyjść w poniedziałek rano, porozmawiać z panem inżynierem, aby pozostawił nam trochę wolnego miejsca  na gry i zabawy z naszymi dziećmi. A zapraszać dzieci dom po domu oczywiście nie idziemy, ponieważ animatorom nagle przypomina się, że w tej części dzielnicy jest bardzo niebezpiecznie w niedzielę po południu i musimy przyjść w sobotę rano. Nie pójdą i już. Pozostaje przełknąć ślinę, ugryźć się w język, uśmiechnąć i wrócić z nimi do Bosconii.

Takie właśnie jest moje Peru. Zaskakujące. Każdego dnia czymś zupełnie nowym. I jedyne, czego mogę być pewna to to, że do ostatniej minuty spędzonej na tej „czerwonej” ziemi, nie mogę powiedzieć, że mnie już niczym nie zaskoczy!

środa, 14 marca 2012

Wielki jest Bog, spiewaj ze mna

Mieliście kiedyś takie pragnienie uwielbienia Boga, że cisnęły wam się na usta wszystkie znane pieśni na uwielbienie? Kiedy brakowało wam słów? Kiedy myśleliście, że Jest tak Wielki i Wspaniały, że aż zapiera dech w piersiach? Ja niedawno przeżyłam coś podobnego…

Jadąc rozklekotaną, dwuosobową moto taxi. Ja, Doris i ksiądz Józek. Powyginani na boki i z nogami poza pojazdem. Powolnie mijając zakręty drogi z wodospadu Ahuashiyacu do Tarapoto. Gdyby ktoś jeszcze rok temu opisał mi podobny obrazek- wyśmiałabym go. Ksiądz Józek Kamza, misjonarz pracujący w dżungli, wzbudzający mój podziw i szacunek i my, w moto taxi, w Amazonii? A jednak. Ale to nie sama jazda moto wzbudziła taki mój zachwyt. 

Wszystko zaczęło się w drodze z Piura do Tarapoto. Kiedy spadł mocny deszcz i nasz autokar czekał 8 godzin na zboczu górskiego zakrętu, aż wielkimi ciężarówkami wywiozą tony błota, spływającego z gór.  Włączyłam MP3 Doris i usłyszałam słowa piosenki: „AUNQUE MIS OJOS NO TE PUEDEN VER TE PUEDO SENTIR SE QUE ESTAS AQUI” (chociaz moje oczy nie moga Cie zobaczyc, moge poczuc, ze jestes tutaj). Niby wielkie odkrycie to nie było, w końcu jestem na misjach. A może właśnie dlatego, że na nich jestem, musiałam wyjechać z Bosconii, aby nabrać dystansu i uświadomić sobie tę nieustanną obecność i opiekę Boga. W tych wszystkich drobnych i wielkich rzeczach. W vacaciones utiles i codziennej opiece nad tyloma dzieciaczkami, w relacji między mną i Doris, w relacjach między nami i naszymi chłopakami- przecież tak utrudnionymi przez odległość, we wspólnocie, oratorium i w końcu w naszej podróży do wymarzonej, a jeszcze niedawno tak odległej dżungli.


Kolejnym etapem mojego zachwytu był już pobyt w Tarapoto i wycieczka nad jezioro, zwane LAGUNA AZUL. Otoczone górami i tzw. Selva Seca, czyli dżunglą wysoką. Roślinność, domy- widoki cudowne. I pogoda wręcz idealna na rejs łódką. Zaraz później wybraliśmy się nad wodospad  Ahuashiyacu. Wejściówka 3 sole. Droga pieszo od wejścia zajęła nam ok 10 minut, a widok? Zaparło mi dech w piersiach. To była jedna z takich chwil, których nie odda żadne zdjęcie, ani nie opiszą żadne słowa, zwłaszcza tak niewprawionego autora. Przez chwilę robiliśmy zdjęcia, poza nami było jeszcze kilku turystów. Po chwili zostaliśmy jednak sami, a nam wcale się nie śpieszyło. 

Siedzialam i patrzyłam. I przypomniała mi się czytana wiele lat temu książka: ”Sny i wizje księdza Bosko”. Zapamiętałam z niej wyjęty z szerszego kontekstu wątek chłopców, którzy trafiają do nieba. Święty widział ich pięknych, z bijącą od nich jasnością, której nie da się opisać, a będącą jedynie skromnym odbiciem piękna samego Boga, z którym przebywali. Skąd to skojarzenie? Stałam tam, wpatrując się  z zachwytem w wodospad w Amazonii i zastanawiałam się, jak piękny musi być Bóg, jeśli stworzył takie cuda natury? O ileż od nich piękniejszy?

I wracam do tej rozklekotanej moto taxi, od której zaczęłam. Jechałam nią podziwiając widoki, a w głowie przewijały mi się słowa pieśni uwielbiających Boga. Za wodospad i jezioro, za księdza Józka i Doris, za wyjazd na misje, za rodzinę, chłopaka, wspólnotę i przyjaciół. Za piękno świata, który otacza mnie i Ciebie, gdziekolwiek jesteś kiedy to czytasz. I za każdą najdrobniejszą chwilę, w której jest przecież obecny ON, Stwórca wszystkiego.

Takie sobie małe przeżycie, którym postanowiłam się z wami podzielić. Może opisane niezbyt bujnym językiem wydało wam się czymś banalnym.  Ale we mnie sprawiło, że na nowo zachwyciłam się otaczającym mnie światem, który pełen jest JEGO. Może uda mi się zarazić i was.
  
„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie” (Łk 10, 21b.23)

poniedziałek, 20 lutego 2012

SEMANA MUNDIAL DE PATOLOGIA, czyli: „światowy tydzień patologii”

               Ulubione, prawdopodobnie olsztyńskie lub grajewskie, powiedzenie Doris, stało się mottem naszych wakacji. Klerycy, którzy przyjechali do pomocy z Limy, szybko załapali kontekst i „PATOLODŻIA” w ich wydaniu, stała się określeniem na wszystkie nerwowe, dziwne, a czasem także śmieszne sytuacje, które spotkały nas podczas tych wakacji… Światowy tydzień patologii wymyślił br.Antony.  A wyglądał on tak…

                W niedzielę popołudniu wyjechał na tydzień ksiądz Piotr.  W poniedziałek, 06 lutego moja siostra obchodziła urodziny. Jak minęły, możecie przeczytać na blogu solenizantki.  Jednak wspomnieć muszę o przyjęciu niespodziance, które odbyło się popołudniu w Bosconii. Pogoda była dość dziwna, strasznie duszno na zewnątrz. Doris zażyczyła sobie zatem, aby spadł deszcz… tak bardzo chciała aby popadało jak w Polsce. No i życzenie się spełniło. Cieszyłyśmy się jak dzieci, bo pierwszy raz odkąd tu jesteśmy padało, nie siąpiło, lecz padało. Niestety o poranku dnia następnego, okazało się, że całe wejście do oratorium i plac przed patio są zalane wodą, która nie mając ścieku, stoi i sięga aż do kostek. Doris z braćmi szybko skombinowali specjalne urządzenia miotłopodobne do odgarniania wody i zaczęliśmy nasz rytuał, który trwał ponad godzinę. Dzieci gromadziły się przed bramą krzycząc aby im otworzyć lub ciesząc się, że ich moczymy odgarniając wodę. Inne z kolei wdrapywały się na bramę, by nie zalać im butów i krzyczały:” Hola senorita” . Podczas pracy, dzielnie towarzyszyła nam pani sprzedająca lody i wykrzykująca hasła w stylu:” dzieci dzieci, woda się zbliża”, „cieszcie się dzieci macie plażę na miejscu”, „dzieci dzieci lody lody, gumy farbujące język, wooooodaa się zbliża” itp. A ja prawie płakałam ze śmiechu. Wieczorem znów zaczęło padać . Kolejny poranek zaczęliśmy zatem od godzinnego odgarniania wody. Niestety tym razem praca skończyła się na zgubionym różańcu na palec, którego udawało mi się pilnować przez 5 lat studiów, a tym razem nie przeżył godzinnego pobytu w etui na komórkę i krzyku „Ana, te llama, Ana te llama!!”(Ania dzwoni, Ania dzwoni)połączonego z energicznym machaniem etui, w wydaniu animatora o ksywie CHINO . Wszyscy pomagali szukać, jednak bez efektu. To tylko początek dobrej passy moich dewocjonaliów, ponieważ kilka dni później zgubiłam szkaplerz. Ale wracając do tygodnia patologii. Srodowy wieczór i czwartkowy poranek minęły podobnie jak te poprzednie. Każdego ranka  inni profesorowie pomagali odwadniać wejście. Widok Carlosa, naszego profesora od francuskiego, w dresach podciągniętych do kolan i klapkach ogrodowych- prześmieszny. Wszyscy bowiem szybko nauczyli się, że należy przynosić ze sobą ubrania na przebranie.  Po odgarnianiu wody i krótkiej pomocy Doris przy rozdawaniu list, kredy, podbijaniu karnetów, przyszło do mnie dziecko ze zbitą ręką. Okazało się, że kolega przyciął mu ją drzwiami. Zimna woda i czekamy chwilkę. Ręka zaczęła się robić coraz większa. Dzwonię zatem do brata Raula czy mogę iść z dzieciakiem do Centro Medico. Okazuję się, że rozdaje na slumsach ulotki. Dzwonię zatem do brata Osbela. Idzie ze mną, ale po 5 minutach już zostajemy sami. Ja i 9-letni Rafael. Zapłakany i przerażony. Na szczęście obeszło się bez zastrzyków i bez potrzeby zgody rodziców. Jedynie na zimny opatrunek i dawkę leku przeciwbólowego musieliśmy czekać prawie godzinę. W między czasie wszystkie pielęgniarki zdążyły się już mnie wypytać skąd jestem, dlaczego mam niebieskie oczy, co tutaj robię, czy w Polsce jest zimno, czy mam farbowane włosy itd. Wracamy do Bosconii. Chłopiec w końcu zaczyna się do mnie odzywać. Chce iść do domu. Oczywiście ktoś go zaraz odprowadzi. Niestety wracamy akurat na moją ulubioną godzinę warsztatów. Więc sadzam chłopca w biurze i latam rozdawać listy, szukać kluczy, szukać profesorów, jak zwykle. Jak już udaje się wszystko ogarnąć, okazuje się, że wszyscy są już zajęci, więc sama idę odprowadzić chłopca. Po drodze opowiada mi, że mieszka z tatą, bo rodzice się rozstali, ale tata pracuje do późna, więc idziemy do domu jego cioci. Na miejscu okazuje się, że u cioci jest akurat jego mama. Zostawiam więc dziecko pod dobrą opieką. Taką mam przynajmniej nadzieję. Wracam do Bosconii, aby odebrać telefon z zapytaniem czy mogę przyjść do Centro Medico, ponieważ brat Osbel jest tam z dziewczyną, którą bardzo boli brzuch. Krótka konsultacja z Doris, żeby wiedziała, że znów zostaje sama na placu boju i idę. Okazuje się, że to Tereza. „Ale przez Z”. Tak zawsze mówi. Jedna z Laurit, grupy Doris. Wygląda nieciekawie. Czekamy na wizytę u lekarza, ale okazuję się na szczęście, że to zatrucie i skończy się na zastrzyku i diecie. Kolejne pół godziny czekamy na zastrzyk, ale to już nie dziwi. A wieczorem znów pada… W piątek rano zatem znów odgarnianie wody, ale sił już nam brakuje. Bolą mnie ręce, których nie mogę podnieść. Tak to jest jak się nie uprawia sportów, tym ulubionym, o którym wspomniałam w ostatnim poście, a który tak rozśmieszył mojego szwagra, jest pływanie. 

Wieczory po kolacji spędzaliśmy wszyscy na zliczaniu obecności dzieci, aby móc rozpocząć wypisywanie ok 400 dyplomów i certyfikatów z ocenami. W czwartek jeden z braci siedział robiąc to do 3 w nocy, co Doris skwitowała: „ po co to robiłeś, skoro mamy jeszcze dwa wieczory, zdążymy spokojnie”. Niestety, szybko pożałowała tych słów, kiedy w piątek o godzinie 18.45 usłyszałyśmy grzmoty, zobaczyłyśmy błyski i zgasły wszystkie światła. To był punkt kulminacyjny tygodnia patologii. Burza na pustynii. Okazało się, że to awaria na terenie całego miasta. Nieszpory  i kolacja przy świecach można przeżyć. Troszkę gorzej było ze zmywaniem przy świecach i towarzystwie robaków, które boją się przecież tylko światła. A niestety tego dnia przypadała nasza kolej. Chyba nigdy nie zrobiłyśmy tego tak szybko. Niestety później moje oczy przeżyły tylko 30minut wypisywania dyplomów przy świeczkach i latarce. Po zawrotach głowy, stwierdziłam, że lepiej będzie jak skorzystam ze szczęścia, że mój laptop jest naładowany i zacznę robić listę dzieci na bazar. Zwłaszcza, że nie lubię ciemności i bałam się iść sama do naszego lekko oddalonego pokoju. Siedzieliśmy zatem w bibliotece, pracując po ciemku do godz.24.00. A 10 minut po tym, jak weszłyśmy do naszego mieszkanka, dostrzegłam przez okno zapalone światła u sąsiadów, co oznaczało, że prąd wrócił!
Tak nam minął tydzień pataologii, zakończony rozdaniem nagród i świadectw, a tym samym zakończyliśmy Vacaciones Utiles 2012. Mieliśmy cichy plan, by po rozdaniu dyplomów gdzieś się ulotnić, aby uciec od tłumu matek reklamujących liczbę obecności swoich dzieci lub przekonujących nas, że dzieci był  na wszystkich mszach. Na szczescie nie było to konieczne. Direktora Doris wymachała tylko jednej pani listą przed nosem krzycząć: „raz, dwa, trzy, pani dziecko ma 3 nieobecności, dziękuję bardzo”. I zapanowała cisza i spokój.
Od tego czasu minął już tydzień podczas którego kontynuowaliśmy oratorium popołudniowe, a porankami przenosiliśmy krzesła, myliśmy rozpuszczalnikiem ławki, robiliśmy ewaluację, przepisywaliśmy listy na komputer, rozdawaliśmy ulotki ze szkoły technicznej, a także udaliśmy się z naszymi profesorami na całodniową wycieczkę na plażę. Dzisiaj wyjechali klerycy i powoli wracamy do wcześniejszego trybu życia. Mam nadzieję, że teraz będę miała odrobinę więcej czasu, by napisać wam coś więcej niż tylko sprawozdanie.  Pozdrawiam upalnie!

wtorek, 7 lutego 2012

PREZENT NA MISJE

Kto oglądał filmik „Jadę na misje” nagrany przez Salezjański Ośrodek Misyjny lub kto mnie dobrze zna i rozmawiał ze mną przed wyjazdem do Peru, wie, że wyjazd ten jest po części moim podziękowaniem Bogu za niezliczoną ilość dobra, które mnie spotkało w życiu. Za najbardziej pokręconą i najcudowniejszą na świecie rodzinkę, za najlepszego na świecie  chłopaka, za przyjaciół, za oazę, studia.. itd. Jednak Pan Bóg jest bardzo nieprzewidywalny w swojej dobroci i z okazji wyjazdu postanowił podarować mi kolejny prezent… 

Kiedy pojawiła się na zjeździe w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym, chyba nawet nie zamieniłyśmy z sobą zdania. Jedyne co wiedziałam to to, że była na misji krótkoterminowej w Albanii i że przyjeżdża do SOMu z Anglii. Kolejny zjazd i dowiedziałam się, że może też wyjedzie na długitermin i że bardzo chce jechać do Peru. Dopiero w styczniu, na spotkaniu dotyczącym rodziny poznałyśmy się lepiej. Bo oczywiście musiałyśmy gadać o facetach… jak to baby. O księciach z bajki, których jeszcze wtedy nie znałyśmy. Ale ja wcale nie myślałam wtedy, że może też wyjadę do Peru. Przecież znałam tylko angielski i trochę francuskiego. Ale marzec wszystko zmienił i okazało się, że tak, prawdopodobnie pojedziemy razem do Piura. Tak właśnie poznałam moją „mentalną siostrę”. Siedzi sobie koło mnie i zupełnie nieświadoma, że właśnie piszę o niej posta, wystukuje coś na swoim laptopie.  Dlaczego „mentalna siostra”? O słuchaniu podobnej muzyki, fascynacjach podobnymi filmami i wybieraniu podobnej pasty do zębów już czytaliście. Można dodać do tego ten sam ulubiony sport, zamiłowanie do kolekcjonowania kolczyków, wspólne farbowanie włosów i wypady na zakupy, godziny spędzone na skypie z naszymi chłopakami, wspólne obmyślanie prezentów dla nich, takie same rzadkie imię babci- Marianna, wieczorne pogaduchy, wspólne plany na wakacje i to, że dla części naszych peruwiańskich dzieci, nadal jesteśmy „igualitas”, czyli takie same, jak bliźniaczki.  Ale mentalna siostra to także codzienny wspólny różaniec i wspólne wyjścia na adorację do parafii, to wspieranie się, kiedy jest ciężko, wspólne wkurzanie się  i wspólne śmianie kiedy jest wesoło. Piszę tego posta, bo moja mentalna siostra ma dziś urodziny i chcę jej jeszcze raz życzyć wszystkiego najlepszego. I chcę, aby wiedziała, że jest prezentem od Pana Boga i bez niej ta misja byłaby dużo trudniejsza i smutniejsza. I piszę abyście i wy pamiętali, że Pan Bóg daje nam każdego dnia wiele prezentów, a my nie zawsze potrafimy je zauważyć i  za nie dziękować.

czwartek, 26 stycznia 2012

musisz to napisac na blogu...


Musisz to napisać na blogu”- powiedziała Doris podczas naszej codziennej wieczornej pogawędki podsumowującej emocje całego dnia. Ostatnio tyle się dzieje i w tylu miejscach naraz jesteśmy, że nie wszystkie sytuacje jesteśmy w stanie opanować, dlatego słuchamy wieczorami swoich opowieści. I dlatego piszę. Choć ledwo patrzę na oczy. Ale opiszę wam dzisiejsze przedpołudnie, abyście choć odrobinkę wiedzieli czym są VACACIONES UTILES dla zapisanych 630 dzieci.
Planowa pobudka o 5.40. Nie wyszło, wstałam o 5.50. Szybkie ogarnięcie się, makijaż obowiązkowo, no bo jak to -LALA bez makijażu? I o 6.05 już jestem na skype. 30 minut dla Ukochanego. Tak bym chętnie zaczynała każdy dzień. Niestety nie zawsze udaje się wstać. 6.40 medytacja z lekkim poślizgiem i msza święta. Śniadanie i jazda do oratorium. O 8.00 wpuszczamy profesorów, bracia i pomocnicy zamiatają całe patio, którego podłoga pokryta jest woreczkami po sprzedawanych przy bramie lodach wodnych. Pani sprzedaje dziennie ok 300 lodów, myślę, że połowa opakowań po nich leży wlaśnie na podłodze w patio. Ja piszę i przyklejam kartki z nazwami warsztatów,  na drzwiach salonów, w których się odbywają. O 8,15 wpuszczamy dzieci i zaczyna się: „Senorita, pelota” (Senorita, piłka…)!!! O 8.45. zaczynamy formację, dzieci ustawiają się klasami ze swoim profesorem i transparentem z nazwą klasy na przedzie. 9.00 zaczynamy lekcje. Pierwsze 45min mam „WOLNE”, więc chodzę po wszystkich klasach licealnych, aby dowiedzieć się kto z uczniów jeszcze nie zapisał się na żaden warsztat. Łącznie takich osób jest ok 100, więc pora ich wyśledzić. W między czasie przybiega do mnie chłopak, ze w 2 liceum ktoś się bije i nauczycielka poszła do Padre, który odesłał ją do mnie mówiąc, że to ja rozwiąże problem. Po 45 minutach muszę lecieć na moją lekcję matematyki z 3B. Matma jakoś poszła. Może i pan Burzyński, mój nauczyciel z LO nieźle by się zdziwił, że JA mogę dawać komuś lekcje z tego przedmiotu, ale w końcu tabliczkę mnożenia do 100 opanowałam już w podstawówceJ  Najgorsza dla mnie pora następuje po trwającym 30minut czasie wolnym. Wszyscy z „ekipy zarządzającej” poza mną, mają jakiś warsztat. Doris angielski, bracia- muzykę i gry salezjańskie oraz basen. Pozostaję sama na placu boju. Okazało się, że całkiem duża grupka dzieci nie ma jeszcze warsztatu. Zaczynam więc zapisywać: piłka nożna dzieci, piłka nożna średniaki, piłka nożna liceum, siatkówka, manicure, wyszywanie, biżuteria, doświadczenia, gospodarstwo, szycie, komputery, rysunek, robótki ręczne, muzyka, francuski, angielski, czytanie bajek itd.  W między czasie ktoś krzyczy, aby otworzyć bramę.  Biegnę, a przy samych drzwiach okazuje się, że nie mam kluczy. Pożyczyłam któremuś z  braci. Wracamy do zapisów, część dzieci już sobie poszła, ale gdzie? Nie wiadomo, a Bosconia duża. Bo nie ma nikogo aby to sprawdził skoro ja zapisuję. Nic to, po chwili okazuje się, ze w biurze jest chłopiec, który rozbił sobie głowę. Dzwonię do brata Raula, który dziś przyjechał z wakacji. „hermano, pilna sprawa, przyjdzie brat szyyybko” rozłączam się i ze spokojną świadomością, że zaraz ktoś przyjdzie na ratunek, po raz kolejny wracam do zapisywania. Niestety po 10 min, kiedy idę sprawdzić czy brat zabrał chłopca, okazuje się, że nie przyszedł. Dzwonię tym razem do Padre i mówię, aby szybko wysłał do mnie wspomnianego Raula. Po chwili przychodzi, ale co się okazuje? Chłopca już nie ma w biurze. „Gdzie jest to dziecko z rozbitą głową, które przed chwilką tu siedziało?”- pytam profesora od matematyki z liceum i jednego z animatorów siedzących w tym samym biurze. „A nie wiem, poszedł gdzieś sobie”.  JAK TO POSZEDŁ?? Normalnie. Jesteśmy w Peru.  Dziecko udało się znaleźć, poszło sobie pograć z innymi dziećmi. Na szczęście skończyło się na opatrunku na głowie. Godzina okazała się za krótka, bym mogła zapisać wszystkie dzieci na warsztat  i jednocześnie ogarnąć wszystko co się dzieje na około. Może jutro się uda. Dzieci wychodzą o 12.30. Później krótkie lub dłuższe, spotkanie z profesorami o od razu z biegu na obiad, który oficjalnie zaczyna się o 13.00, a praktycznie ok 13.30. A o 14.45 zaczynamy nasze popołudniowe oratorium SOL BOSCO, czyli gry i warsztaty. Proponujemy piłkę nożną, siatkę, koszykówkę, biżuterię, muzykę, taniec, i robótki ręczne. No i obowiązkowo 2x w tygodniu basenJ Gramy tak z dzieciakami do 17.30. I tak nam mijają szybciutko dzień za dniem. Muszę przyznać się do pewnego kłamstewka. Od momentu, kiedy się wydarzył dzień, który opisuje, minęło 1,5 tygodnia. Niestety nie miałam czasu dokończyć posta. Każdy dzień przynosi jednak nowe doświadczenia, nowe nerwy i nowe radości. Codziennie nie przychodzi któryś z nauczycieli, codziennie kogoś coś boli, czasem zdarza się, że któreś z maluchów nie zdąży do toalety, albo dzieciaki zamiast iść na warsztat kradną limonki z drzew w ogrodzie koło plebanii. I wiele innych historii, które postaram się wam opisywać częściej. A poza tym, Magda miała rację. Karaluchy latem są WIELKIE!

środa, 11 stycznia 2012

Takie tam, głupie tłumaczenie, PUES!

    
    Kochani wiem, że dawno nic nie pisałam, dlatego postanowiłam napisać kilka słów w ramach usprawiedliwienia. Ostatni czas jest dla nas bardzo pracowity, a przed nami jeszcze 4,5 tygodnia vacaciones utiles. Zaraz po świętach rozpoczęłyśmy akcję ulotkową dotyczącą wakacji. W tym roku Padre postanowił: ” bez samochodu”, piechotą, dom za domem. Od poniedziałku do piątku rano i popołudniu, razem jakieś 4-5h dziennie. O sylwestrze mogliście przeczytać na blogu mojej mentalnej siostry, więc nie będę się rozpisywać (www.doriswperu.blogspot.com). A później to już inwentaryzacja materiałów, ławek, salek, przenoszenie ławek, poszukiwania profesorów, sprzątanie boiska, zebrania, robienie karteli. Niestety do organizacji wszystkiego zostałyśmy tylko my i Padre, ponieważ reszta wspólnoty wyjechała. W zeszłym tygodniu ksiądz postanowił jednak wyruszyć  na dzielnicę jeszcze raz, tym razem z samochodem z zamontowanymi głośnikami krzyczącymi o zapisach na wakacje w Bosconii. Nikt poza mną i Padre nie ma prawa jazdy, także chcąc, czy niechcąc musiał wręczyć mi kluczyki mianując mnie „szoferką” Bosconii. Reakcja ludzi widzących gringę prowadzącą busa między slumsami , BEZCENNAJ Raz nawet udało mi się zakopać. Ale to chyba kara za niesłuchanie księdza mówiącego: ” na Adelanio Kurt Beert lepiej nie jedzcie, bo dużo piasku tam jest…”;) Niestety klerycy wydelegowani do pomocy podczas wakacji, przyjechali dopiero dzień przed oficjalnym ich rozpoczęciem, dlatego idąc za przykładem zeszłego roku, wywiesiliśmy rano wielki napis, że przepraszamy, ale rozpoczynamy w poniedziałek. Dodatkowe pięć dni było dla nas zbawieniem, jednak i tak w niedzielę położyłyśmy się spać o 4 rano kończąc ostatnie listy, kartele i przyklejając napisy. No i doczekałyśmy się słynnych wakacji w Bosconii. Dziś za nami drugi dzień. Nie uwierzycie, ale mam lekcje matematyki z dziećmi z 3 klasy podstawówki. Dzisiaj nie przyszła pani od komunikacji, więc miałam i toJ  W końcu na misjach wszystko jest możliwe. Zapisanych dzieci 600, jednak zapisy nadal trwająJ A w czwartek ruszamy w oratorium popołudniowym, w którym prawdopodobnie będę miała warsztaty ze śpiewu.  Jak uda mi się znaleźć chwilkę to napiszę coś więcej. Pozdrawiam was wszystkich gorąco i pamiętam w modlitwie!