fot. Salezjański Ośrodek Misyjny w Warszawie

czwartek, 24 listopada 2011

ORATORIUM W PIASKU


Pisałam wam, że pracujemy w oratorium, nigdy jednak nie opisałam jak ta praca wygląda.  A oratorium w Piura nie wygląda tak, jak oratorium w Szczecinie na Gumieńcach, na Witkiewicza, czy w Dębnie. Na oratoria tutaj składają się: oratorium codzienne- douczanie szkolne, oratorium sobotnie i oratoria peryferyjne, które działają tylko w niedzielę. Pierwszego posta poświęcę opisaniu wam tego ostatniego…

Moje oratorium niedzielne jest jednym ze starszych działających tutaj. Pamiętają je pewnie wszystkie poprzednie wolontariuszki. Znajduje się niby tuż za murem Bosconii, a jednak tak daleko. W najbiedniejszej i podobno niebezpiecznej części dzielnicy. Nie ma żadnej bramy od strony gospodarstwa, więc aby dojść do Villa Kurt Beer, gdzie znajduje się nasz kawałek piasku i nasze dzieci, musimy obejść Bosconię dookoła. Zbieramy się o 14.30, pompujemy piłki, chwytamy worki, w których trzymamy paletki, piłki do nogi i do siatki,   linę, skakanki, puszki, które służą do gry w kręgle, czyste kartki i kredki i ruszamy spacerem do naszych dzieci. Jeszcze wpakowujemy jakiemuś chłopakowi wiadro z piciem dla dzieci i karton  ciasteczek, które rozdamy im pod koniec oratorium. Przychodzimy na miejsce, gdzie za boisko służy nam spory kawał niezagospodarowanego piasku. Jako schronienia  i magazynu na rzeczy, użycza nam swojego domu zaprzyjaźniona rodzina.Ostatnio jednak, pomogła nam pani z domu obok. 
Są niedziele, kiedy dzieci na nas czekają, a są takie, kiedy nie ma nikogo. Ruszamy między domy, zbudowane z płyt i trzciny, by zaprosić dzieci do wspólnej zabawy. Nie wszystkie chcą przyjść. Powody są różne- od zgubienia karnetu i nieświadomości, że można przyjść bez niego, do tego, że rodzice zwyczajnie boją się spuścić swoje dzieci z oczu. Kiedy już zbierzemy się w jednym miejscu, gramy w siatkę, chłopcy oczywiście w nogę, odbijamy lotkę, rysujemy, gramy w kolory, czy w chustę. Mnie kłują kolce, które spadają w nielicznych drzew rosnących w pobliżu. Mimo, że mam na sobie japonki, zawsze coś wbije mi się w stopę. Jednak dzieciom nie przeszkadzają kolce, one grają w piłkę bez butów. Tarzają się w piasku, ale najbardziej lubią się przytulać. Kiedy tylko przychodzą, krzyczą głośno i od razu podbiegają. Rzucają się na szyję, łapią za ręce, wiecznie pytają jak się mówi jakieś słowo po polsku. Dzieci są kochane i tyle. I cieszą się, że ktoś przychodzi dla nich i chce się z NIMI bawić i spędzać z nimi czas. 

Po czasie na gry i zabawy luźne, zbieramy się na modlitwę i kilka zabaw wspólnych, po których rozchodzimy się na grupki wiekowe, a których animatorzy przeprowadzają przez 15-20 min katechezę. Na początku mojego pobytu, miałam problemy z uporządkowaniem tego, co działo się w oratorium. Przychodzi bowiem pomagać aż 18 animatorów. Niestety niektórzy przychodzili bardziej by poprzeszkadzać niż pomagać, a słaba znajomość języka nie pomagała. Poprosiłam braci, aby któryś mi pomógł. Teraz, powoli wychodzimy na prostąJ I obyło się beż żadnych strat ilościowych. Wszyscy wzięli się do pracy i powoli tworzymy fajną ekipęJ 

czwartek, 17 listopada 2011

Taki sobie obrzydliwy post, czyli INDYKI TO NIC.

    Jeśli ktoś mnie zna, wie, że brzydzę się pająków i innych robali. Może się nie boję, ale brzydzę się strasznie. No, ale jestem na misjachJ  Na początku mojego pobytu tutaj nie mogłam zrozumieć słów Moniki Winiarskiej (wolontariuszka MWDB, która spędziła 1,5 roku w Domu Ksiedza Bosco w Limie), która w swojej książce: „Serce dla Peru” pisze, że z Piura najbardziej zapamiętała dużą ilość robaków. Nie zauważałam ich. Ale teraz zauważam. Dopiero po kilku dniach spędzonych w Bosconii, odkryłyśmy naszą zmorę, którą są maleńkie, mało widoczne robaczki, które w domu można liczyć chyba w milionach. Chodzą po stole, owocach, a także po szklankach i talerzach. Jest ich pełno w szufladzie ze sztućcami i szafce z talerzami. Pewnego razu chciałyśmy się ich pozbyć na zawsze. Myłyśmy, wycierałyśmy, traktowałyśmy, znalezionym w magazynie u księdza, płynem odkażającym, parzyłyśmy we wrzątku. Niestety, stołem bez robaków cieszyłyśmy się jedynie podczas jednej kolacji, później „nasi mali przyjaciele” pojawili się znowu, a my postanowiłyśmy więcej nie poświęcać dwóch dni na walkę z nimi. Ostatni czas mija nam pod hasłem „ratoncito”. W naszym pokoju mieszka bowiem mysz. Zauważyłam ją oczywiście ja, kiedy przebiegła raz w kuchni. Przyznam, że troszkę to zbagatelizowałyśmy, jednak kilka dni temu wieczorem zauważyłam ją znowu pod jedną z szafek. Jeden z braci podarował nam truciznę, którą rozsypałyśmy w kilku miejscach naszego mieszkania, by po dwóch dniach znaleźć ją w szufladzie z farbkami dla dzieci itp. Poświęciłyśmy jedno południe na przeszukanie pokoju, bez efektów. Załamane, poprosiłyśmy nawet braci, by przyszli z pomocą i w tej sposób pozbawiłyśmy się azylu, do którego wcześniej jeszcze nikt poza nami nie wchodziłJ niestety i braciom nie udało się nic znaleźć mimo odsuwania szaf, lodówki, kuchenki. Ale to nic, nasza mysz żyje dalej, ponieważ następnego dnia kolejny raz znalazłyśmy rozsypaną truciznę. I tak sobie żyjemy w symbiozie pewnie już ze 2 miesiące.  Na szczęście Doris jest bardziej odważna niż ja i w awaryjnych sytuacjach ona pierwsza sięga po szczotkę by zabić ewentualne cucarache i mini jaszczurki.
    A poza tym, wybaczcie, że dawno nic nie pisałam, ale naprawdę tak się złożyło, że nie było na to czasu. Ale żyjemy i poza drobnymi, permanentnymi przeziębieniami, mamy się dobrze! Uwaga znamy nową receptę na grypę, hiszpańską! Oczywiście poza herbatą z limonką. Cebula+sok z LIMONKI+miód. Buziaki i do usłyszenia!

wtorek, 8 listopada 2011

Kocham CIĘ POLSKO!

     Zawsze uważałam się  za „prawie” patriotkę. Piszę „prawie”, ponieważ niestety nie mogę się pochwalić bardzo dobrą znajomością historii. Przyznaję, że mimo wielkich starań mojego wychowawcy w LO, posiadam wiedzę na temat przeszłości mojego kraju, jedynie w stopniu podstawowym, co nie pozwala mi na nazwanie się w 100% „patriotką”. Teraz jednak będąc tak daleko od DOMU, doceniam go jeszcze bardziej. 


Nie będę pisać o jedzeniu, które nigdzie nie jest tak dobre jak w Polsce, ani o pięknie naszych miast, pięknie kościołów,bo oczywistości nie trzeba komentować. Stwierdziłyśmy jednak ostatnio z Dorotą, może dość surowo, że w Peru nie istnieje coś takiego, jak „sacrum”. Nie ma miejsca, gdzie niektórych rzeczy się po prostu nie robi. Nie jest dla nikogo dziwne jedzenie w kościele, odbieranie telefonu podczas mszy świętej, rozmawianie w kaplicy na pełen głos (szeptu jeszcze nie odkryto), sprzedawanie lodów na cmentarzu, stanie podczas przeistoczenia, ani to, że można w niedzielę przyjść na połowę jednej mszy, a później na połowę drugiej, zamiast na jedną całą. Zatesknilam tez za pieknem szczecinskiego cmentarza, kiedy w Uroczystosc Wszystkich Swietych udalysmy sie z bracmi na spacer po cmentarzu, ktory okazal sie poltargowiskiem z jedzeniem i zarowkami oraz punktem wynajmu drabin . Dlaczego sprzedaja zarowki i po co te drabiny? Zarowki montuje sie przy kazdej tabliczce z nazwiskiem zmarlego, po to by moc przyjsc w nocy z 1 na 2 listopada odwiedzic grob. Dlatego 1 listopada cmentarz jest pelen poprzewieszanych i poplatanych kabli, ktore zwisaja nad glowami przechodniow. Chlopcy z pobliskich miasteczek wynajmuja zas drabiny po to, by dostac sie do grobow polozonych w najwyzszych rzedach. Niestety tylko nielicznych stac tutaj na grob w ziemi, pojedynczy.
     Nie udało nam się doświadczyć w Peru także CISZY. Jakże doceniam teraz ciszę mojego pokoju na poddaszu, ciszę naszej szczecinskiej katedry, do której możesz wejść, by w CISZY spotkać Boga. Kto był w Ameryce południowej, wie, że tutaj wszędzie panuje hałas. Dzieci przynoszą go z domu, dlatego wprowadzenie ciszy w klasie, gdzie odrabiają lekcje graniczy z cudem. Stojąc metr ode mnie, moja ulubiona uczennica María Petronilla krzyczy do mnie na całe gardło. W naszym pokoju ciszy nie doświadczamy przez 24h. Muzyka włączona jest u naszych sąsiadów cały dzień, a czasem także w nocy, czasem ni stąd ni z owąd ktoś zaczyna gwizdać przez 10 minut głośnym gwizdkiem. Naszej pobudce towarzysza natomiast okrzyki sprzedających chleb i gazety wędrownych kupcow. Jak ostatnio stwierdziła Doris: „nawet w kaplicy nie ma ciszy, bo zaraz za drzwiami stoi klatka z 25 kanarkami”.  
     W mojej nowej rzeczywistosci musialam odkryc po raz kolejny, ze cisze trzeba odnalezc w swoim sercu, cokolwiek by sie dzialo. Nie jest to latwe kiedy otacza cie halas, w glowie huczy od krzyku dzieci, a i krew nieraz szybciej krazy od zdenerwowania. Jesli jednak nie odnajdziesz Boga w ciszy swojego serca, przegrasz. On tam jest i nie potrzebuje wielu slow. Wystarczy zostawic wszystko inne, spojrzec na Krzyz i z niego czerpac sile do dzialania.

¨ W ciszy szukam słów, by podziekowac za Twa Milosc. W ciszy jest moj Bóg, tam zawsze szukam Go(...) nie szukam pustych slów, bo cisza jest moj Bóg, On jest Panem mym...¨

poniedziałek, 31 października 2011

Herbata z limonka dobra na wszystko.



Nie pytajcie ile razy usłyszałyśmy z Doris, że powinniśmy wypić herbatę z limonką. Pomaga na przeziębienie, leczy grypę, likwiduje ból brzucha i działa na biegunkę. Podobnie zresztą jak woda z oregano. Niestety po 3 dniach picia tejże cudownej herbaty, chcąc nie chcąc, musiałam zapoznać się z pracownikami pobliskiego CENTRO MEDICO BOSCONIA. Muszę przyznać, że poczułam się jak w polskiej przychodni. Dużo ludzi, ściany pomalowane na jaskrawożółty kolor, kolejka przed każdymi drzwiami, mocno wymalowana pani w rejestracji, tłumacząca podniesionym głosem biednej, zmęczonej kobiecie z niemowlakiem na rękach, że nie wyda jej wyników badań bez kwitka. Obrazek iście jak z polskiej przychodni osiedlowej. Mała różnica. To jest przychodnia w środku slumsów. A w niej apteka, w której leki sprzedają na sztuki. Po jednej tabletce. Aspiryna- 0,6 sola. Moje lekarstwo było droższe- 1,2 sola za tabletkę. Zobaczymy, czy pomoże. Herbata z limonką w końcu nie pomogła. Nie pomaga też na wiele innych rzeczy. Nie pomaga na tęsknotę za rodziną, zwłaszcza, kiedy obejrzy się filmik, na którym kochani siostrzeńcy biegają razem po domu. Nie pomaga na to, że pierwszy raz nie odwiedzisz grobów swoich bliskich w dzień zaduszny. Nie pomaga na zdane lub niezdane egzaminy przyjaciół, na których cię nie było. Nie pomaga w końcu też na to, że zbliża się kolejna rocznica, a Ty jesteś 13 tysięcy km od swojej drugiej połówki. Na szczęście Ktoś inny pomaga. Na wszystko. Każdego dnia o świcie przychodzi w małym, białym Chlebie i kielichu z Winem. Każdego dnia przychodzi w uśmiechu dziecka krzyczącego „Seniorita Ana, Seniorita Ana”. W niespodziewanych słowach animatorki: ”kiedy przychodzę tutaj smutna, zawsze szybko poprawia mi się nastrój, bo Ty przecież zawsze jesteś taka uśmiechnięta”. W mailu, smsie z dobrym słowem. W rysunku malutkiej dziewczynki, podpisanym „te quiero mucho”. Tak właśnie przychodzi Bóg, który daje nam każdego dnia siłę, by dawać jeszcze więcej i więcej…   

poniedziałek, 24 października 2011

W poszukiwaniu Luz Marii, czyli LIMA.


                Od dawna wiedziałyśmy, że będziemy musiały wyjechać do Limy, aby odebrać nasze peruwiańskie dokumenty. Marzyłyśmy sobie po cichu, aby nasz wyjazd zbiegł się w czasie z przyjazdem do Peru, Kasi Sterny. Padre był jednak tak zajęty, że nie chciałyśmy nawet pytać. Aż tu nagle przed samym swym wyjazdem do Cuzco, Ksiądz pyta nas kiedy my w końcu chcemy jechać do  Limy, bo dokumenty nie mogą przecież czekać. Tak więc mając zgodę szefa, mogłyśmy zacząć załatwianie wyjazdu, co oczywiście, jak to w Peru, wcale nie było takie proste. Musiało się w tym samym czasie zbiec wiele rzeczy, ale ostatecznie udało się. We wtorek popołudniu wyruszyłyśmy autobusikiem do Limy.  Nie jechałyśmy jednak z całkiem czystymi sumieniami. Uciekałyśmy bowiem w środku wielkich przygotowań. W Bosconii zaczyna się bowiem zjazd szkół technicznych i każde ręce gotowe do pracy są mile widziane, a wręcz pożądane! Ale o tym troszkę później. W autobusie udało nam się obejrzeć dwa filmy po hiszpańsku rozumiejąc o co chodzi, z czego byłyśmy bardzo dumne. Poza tym były to nasze pierwsze filmy od wyjazdu z Polski, stąd radość tym większa.
                Wsiadłyśmy do autobusu w słonecznym i gorącym Piura, a wysiadłyśmy w pochmurnej, wilgotnej i przygnębiającej stolicy. Takie wrażenie sprawia dla mnie to miasto. Jakby ktoś nałożył mi na nos okulary słoneczne z jasnobrązowymi szkłami. Niby domy kolorowe, wręcz jaskrawe, ale wszystko pokryte warstwą spalin, wilgoci. Nawet samopoczucie się tam pogarsza. Przez dwa dni bolała mnie głowa i czułam się jakby chora, zmęczona. Stwierdziłyśmy z Doris, że po miesiącu pobytu w Peru zupełnie zmieniło się nasze spojrzenie na ten kraj. W swoim pierwszym poście Dorota napisała, że Piura wygląda jakby „przepuszczone przez wszystkie odcienie szarości…”. Dziś stwierdzamy, że po miesiącu przeżytym w Bosconii, to Lima wydała nam się smutna i bezbarwna. Nie przerażała nas jak za pierwszym razem. Już chyba po prostu uleciały nam z głów widoki z europejskich miast. Tym razem stolica Peru wydała mi się bardziej „normalna”.

Październik jest w Limie miesiącem peregrynacji obrazu Jezusa Ukrzyżowanego, zwanego „Señor de los milagros”. W dzień naszego przyjazdu, obraz wędrował akurat koło kościoła Maryi Wspomożycielki Wiernych, dlatego miałyśmy okazję zobaczyć iście peruwiańską fiestę. Z rozłożonymi straganami, scenami, przy których w trakcie oczekiwania na obraz odbywały się koncerty i pokazy taneczne. A także  mnóstwo jedzenia, różańców, bransoletek, obrazków oraz hasła w stylu: „ Matka Boża czeka na swojego Syna, który już się zbliża” .  

Mimo procesji i świętowania, udało nam się załatwić dokumenty w urzędzie.  W ciągu 1,5h, wg peruwiańskiego prawa zmienił się nasz status na „RELIGIOSA”, co oznacza tyle co siostra zakonna. Prawo to nie przewiduje bowiem czegoś takiego jak „misjonarz świecki”. Misjonarz, czyli tutaj: KSIĄDZ, ZAKONNICA. Stałyśmy się zatem odtąd siostrą Anią i siostrą Doris. Resztę pierwszego dnia pobytu spędziłyśmy na pogaduszkach z (jeszcze świecką) Kasią Sterną, która dzień wcześniej przyleciała z Warszawy. Postanowiłyśmy, że w czwartek musimy zobaczyć w Limie coś poza Domem Księdza Bosco. Udałyśmy się w związku z tym do Padre Ricardo po zgodę na wyjście na miasto, której oczywiście nie dostałyśmy. Za to Padre przydzielił nam przewodnika w postaci jednego z wychowanków i samochód, dzięki czemu mogłyśmy w 4h zwiedzić tyle, ile same nie zobaczyłybyśmy zapewnie przez cały dzień. Dziękujemy Padre!

Podsumowując, myślę, że gdyby ktoś zainspirowany przewodnikiem turystycznym chciał zwiedzić Limę, poczułby się oszukany. To miasto nie przypomina w niczym stolic europejskich, do których przywykliśmy. Piękne, stare budowle to prawdziwa rzadkość. Miejską rzeczywistość stanowią brzydkie, brudne, rozpadające się, różnokolorowe budynki, rozsypujące się taxi oraz wszechobecne głośno trąbiące autobusy. Wzdłuż plaży ciągnie się szeroka kilkupasmowa droga dla samochodów. Widoki z najwyżej położonego punktu Limy, mimo kolorow, nie są zbyt kolorowe. 

Ponieważ w dzieciństwie byłam fanką seriali południowoamerykańskich, koniecznie chciałam zobaczyć te piękne miejsca, gdzie kręcona była Luz Maria, Fiorella i inne Lucecity. Niestety nie dotarłyśmy do jednej jedynej dzielnicy, w której są aż takie wille, a w której mieszkają najbogatsi mieszkańcy Peru. Millaflores, czyli jedna z bogatszych dzielnic  Limy, okazała się imitacją zwykłego europejskiego miasta. Biurowce, „normalne” sklepy, czyli nie domowe sklepiki, hotele i bloki, które tutaj są rzeczywiście rzadkością. Wróciłybyśmy całkiem rozczarowane naszym zwiedzaniem, gdyby nie Kasia, która jako fanka literatury peruwiańskiej, zapytała naszego przewodnika, czy nie moglibyśmy zobaczyć starej dzielnicy rybackiej, której opisy sprzed 60 lat bardzo się jej podobały. W ten sposób trafiłyśmy do Barranco. Pięknie położonego nad oceanem miejsca, bardzo urokliwego, pełnego starych domków wybudowanych na skarpie. Część druga zwiedzania nastąpi dopiero przy kolejnej wizycie w Limie, której na razie nawet nie planujemy.

Po powrocie do Piura zastałyśmy wszystkich w gotowości. Wykąpałyśmy się szybko i zabrałyśmy za sprzątanie. Piątek i sobota niczym u mnie w domu rodzinnym przed przyjazdem taty ze statku. Sprzątanie kredensów, figurek, które dawno nie widziały ścierki, łazienki, tarasu itp. Itd. W sobotę bowiem odbywał się w domu uroczysty obiad z okazji powrotu ze ślubów wieczystych jednego z  braci z naszej wspólnoty. Popołudniu zaś w naszej kaplicy odbył się kolejny chrzest. Tym razem starszej młodzieży, wśród której była także jedna z dziewczyn, które pomagają nam codziennie w douczaniu szkolnym. Z tej okazji, po uroczystości udałyśmy się, ze świeżo upieczonym salezjaninem „por siempre”(na zawsze), do domu jednej z animatorek na drobną „imprezkę”. Było to nasze takie pierwsze wyjście, więc radość tym większa.

Kończę już, bo zanudzicie się czytając, ale na koniec podzielę się drobną ciekawostką kulturową. Każdy, posiada tutaj dwa imiona i dwa nazwiska- jedno ojca i drugie matki. Żona wychodząc za mąż zostawia sobie nazwisko ojca i dodaje do niego nazwisko męża. Dzieci mają zatem nazwisko dziadka ze strony mamy i ojca. Jeśli jednak chodzi o wymyślanie imion, to Peruwiańczycy są rzeczywiście bardzo pomysłowi. Mamy w oratorium dzieci, których IMIONA brzmią np.: „Elton Jhon”, „Leydi Margot” czy „Jean Poul” i „Jean Pierre” (nie daj Boże powiedzieć po prostu Pedro i Pablo). Tym miłym akcentem kończę. Do usłyszenia!

piątek, 14 października 2011

Nie przegap Boga


Z ostatnich nowości to: stało się, co było nieuniknione w Bosconii. Pisały o tym poprzednie wolontariuszki w książce pt. : ”Ślady na piasku”- szczepiłyśmy indykiJ Tak, tak, LALUNIA szczepiła indyki!  A było to tak… Siedziałyśmy sobie z Doris w pokoju ok 19.00 próbując trzeci dzień pod rząd dokończyć sprawozdanie dla xDyrektora, kiedy nagle zaczął dzwonić telefon stacjonarny, którego istnienia wcześniej nie zarejestrowałyśmy. Podnosząc słuchawkę domyślałam się, że to na pewno Padre. I nie pomyliłam się. Usłyszałam w słuchawce: „Chicas, gdzie jesteście, przecież wszyscy na was już czekamy na gospodarstwie!! Dziś szczepimy indyki”. Tego samego dnia Padre wkręcał mnie już, że mamy dyskotekę, więc stwierdziłam, że żartuje kolejny raz.  Okazało się, że jednak nie był to dowcip, więc ubrałyśmy się szybko i biegiem na gospodarstwo, które jest lekko oddalone od pozostałej części Bosconii. Okazało się, że „wszyscy” to tylko brat Raul i Padre, ponieważ reszta braci zdezerterowała. Wszystko działo się szybko, Padre zapytał kto się nie boi strzykawek, po czym nie czekając na odpowiedź zaprowadził mnie na stanowisko, gdzie musiałam zamaczać igłę w szczepionce i wbijać ją w rozwinięte prawe skrzydło indyka. Działaliśmy na dwie drużyny.  W mojej był Padre, który łapał indyki, Doris, która je trzymała i ja- nakłuwająca. Śmiechowo było, bo stwierdziłyśmy, że wszyscy nasi znajomi padli by ze śmiechu widząc nas przy tej pracy. Okazało się po czasie, że moje stanowisko było lepsze, ponieważ nie odczuwam żadnych jego skutków, gdy natomiast Doris bolą mięśnie rąk, ponieważ indyczki są dość utuczone, aby było co sprzedawać na święta!   
Jak już pisałam wcześniej, w Bosconii nie można się nudzić i każdy tydzień jest inny. W piątek brałyśmy udział w procesji z okazji Uroczystości M.B. Różańcowej wędrując z Bosconii, gdzie odbyła się Droga Krzyżowa, do kościoła parafialnego, gdzie uczestniczyłyśmy w adoracji i Mszy Świętej.
W sobotę natomiast musiałyśmy opuścić brata, któremu pomagamy zwykle w sobotnim oratorium, ponieważ Padre poprosił nas o pomoc przy ozdabianiu kościoła, a później o robienie zdjęć podczas chrztu, który przyjęło 60-cioro dzieci w wieku 0-8 lat. Poza tym-dziś Ksiądz miał wyjechać do Limy
i Cuzco na śluby wieczyste jednego z braci z naszej wspólnoty, jednak samolot, którym miał lecieć opóźniony był o jedyne 6h więc wrócił do domu śmiejąc się, że to na pewno wszystko przez nas. Ot Peru. Jak to skwitował brat Jose z Hiszpanii: „mówili mi: w Peru jest INACZEJ”.  Nas za to czekała niespodzianka w postaci zamontowanego w pokoju podgrzewacza do wody. Do tej pory w pokoju wolontariuszek była bowiem tylko zimna woda, ale od dziś mamy i ciepłą. Tyle to  peruwiańskich nowości.


Na koniec chciałabym się podzielić z wami pewną refleksją. Czytam w ostatnich dniach książkę pt: „Dziennik pisany mocą” Marcina Jakimowicza- polecam swoją drogą gorąco! Fragment, który mnie poruszył głęboko mówił o przyjściu Boga do człowieka. Autor mówi bowiem mniej więcej takie słowa: „Nie przegap przyjścia Boga! Żydzi oczekiwali bowiem Króla, a zobaczyli dziecko”. Jadąc tutaj wiedziałam, że mam pracować z dziećmi, dawać im miłość,  zobaczyć w nich Boga, dla którego wyjechałam z ukochanego kraju i dla którego zostawiłam ukochane osoby. Dzieci są cudowne. Rozrabiają, śmieją się, płaczą, całują nas, przytulają, nie słuchają, krzyczą. Jak to dzieci. Nie trudno zobaczyć w nich Miłość Stwórcy.  Trudniej mi dostrzec Boga w tych wszystkich młodych, aczkolwiek trochę starszych od moich małych podopiecznych, ludziach. W tych animatorach, na których się tak denerwuję. W tych, którzy nie przychodzą na czas i w tych, którzy nie spełniają danych obietnic. To właśnie tutaj zaczyna się MISJA. Dostrzec w nich Boga, a później pomóc im, aby sami odkryli Go
w sobie.

poniedziałek, 10 października 2011

kwiaciarka


          „O święty Jacku z pierogami”, „o miercoles”, „o Señor Mío”- takich zwrotów używa się tutaj, kiedy jest się zdenerwowanym, a nie chce się używać niecenzuralnych słów. Zwroty te padają zatem niezwykle często. Rozumiem już powoli, dlaczego mówiąc o księdzu Piotrze, padają określenia: „choleryk”, czy „pracoholik”. Do tutejszej mentalności trudno się przyzwyczaić albo po prostu się nie da. Polak, czy inny Europejczyk ma  z tym w kazdym razie trudności. Padre mówi, że po 24 latach pobytu w Peru jeszcze nie posiada tej zdolności, więc ja nie będę nawet się łudzić, że mi się uda ją zdobyć. Może i można przyzwyczaić się do tego, że nic nie zaczyna się na czas. Jeden brat uświadomił nas, że to podobno jest zaraźliwe. „Jeszcze trochę i też się zarazicie”. Nie potrafię się jednak przyzwyczaić do tego, że ktoś obiecuje, że przyjdzie- i nie przychodzi, nie dzwoni, ani nie uprzedza, mimo ze widzi Cię 3h przed umówionym spotkaniem. Nie przyzwyczaję się do tego, że ktoś ma coś poprowadzić, ale się spóźnia albo nie przychodzi wcale. Nie zrozumiem też jak można spędzać godziny na ustalaniu planów działania, a później nie realizować żadnego     z założeń. Nie mam zamiaru też przyzwyczajać się do odmawiania wszelkich modlitw w tempie „jak konie na wycigach”(cyt. xP) ani do tego, że stoi się podczas przeistoczenia. Nie pomyślcie, że to jakiś kryzysowy post. Po prostu po miesiącu pobytu zaczynam odczuwać, że rzeczywiście jesteśmy na drugim końcu świata i ludzie są tutaj zupełnie inni. Pewnie, że w Polsce także ludzie sa rozni. Ja chyba po prostu mam szczęście obracać się w kręgu ludzi, dzięki którym nie muszę każdego dnia powtarzać sobie: „jeśli chcesz na kogoś liczyć, licz na siebie”. Niestety tutaj czesto jest inaczej, choc ludzie nie robia tego ze zlej woli, po prostu taka mentalnosc tutaj panuje. To dlatego Padre Pedro musi być nie tylko księdzem, ale takze dyrektorem, ogrodnikiem, sprzątaczką, księgowym, stróżem, a nawet kwiaciarką. Aby zakończyć post pozytywnym akcentem napiszę skąd wzięła się ta kwiaciarka. Mianowicie w sobotę w Bosconii miał miejsce chrzest. Do Kościoła Katolickiego dołączyło 60 dzieci w wieku od 0 do 13 lat. W związku z tym miałyśmy pomóc Padre przygotować kaplicę. Przyznam, że rozbawił mnie widok sprzątających kobiet w zakrystii i Padre układającego bukiety na podłodze. Prawie oberwałam kwiatem, kiedy powiedziałam, do Niego „kwiaciarka”, ale nie zrażam się. Dodaję do listy pełnionych przez niego funkcji..