fot. Salezjański Ośrodek Misyjny w Warszawie

poniedziałek, 20 lutego 2012

SEMANA MUNDIAL DE PATOLOGIA, czyli: „światowy tydzień patologii”

               Ulubione, prawdopodobnie olsztyńskie lub grajewskie, powiedzenie Doris, stało się mottem naszych wakacji. Klerycy, którzy przyjechali do pomocy z Limy, szybko załapali kontekst i „PATOLODŻIA” w ich wydaniu, stała się określeniem na wszystkie nerwowe, dziwne, a czasem także śmieszne sytuacje, które spotkały nas podczas tych wakacji… Światowy tydzień patologii wymyślił br.Antony.  A wyglądał on tak…

                W niedzielę popołudniu wyjechał na tydzień ksiądz Piotr.  W poniedziałek, 06 lutego moja siostra obchodziła urodziny. Jak minęły, możecie przeczytać na blogu solenizantki.  Jednak wspomnieć muszę o przyjęciu niespodziance, które odbyło się popołudniu w Bosconii. Pogoda była dość dziwna, strasznie duszno na zewnątrz. Doris zażyczyła sobie zatem, aby spadł deszcz… tak bardzo chciała aby popadało jak w Polsce. No i życzenie się spełniło. Cieszyłyśmy się jak dzieci, bo pierwszy raz odkąd tu jesteśmy padało, nie siąpiło, lecz padało. Niestety o poranku dnia następnego, okazało się, że całe wejście do oratorium i plac przed patio są zalane wodą, która nie mając ścieku, stoi i sięga aż do kostek. Doris z braćmi szybko skombinowali specjalne urządzenia miotłopodobne do odgarniania wody i zaczęliśmy nasz rytuał, który trwał ponad godzinę. Dzieci gromadziły się przed bramą krzycząc aby im otworzyć lub ciesząc się, że ich moczymy odgarniając wodę. Inne z kolei wdrapywały się na bramę, by nie zalać im butów i krzyczały:” Hola senorita” . Podczas pracy, dzielnie towarzyszyła nam pani sprzedająca lody i wykrzykująca hasła w stylu:” dzieci dzieci, woda się zbliża”, „cieszcie się dzieci macie plażę na miejscu”, „dzieci dzieci lody lody, gumy farbujące język, wooooodaa się zbliża” itp. A ja prawie płakałam ze śmiechu. Wieczorem znów zaczęło padać . Kolejny poranek zaczęliśmy zatem od godzinnego odgarniania wody. Niestety tym razem praca skończyła się na zgubionym różańcu na palec, którego udawało mi się pilnować przez 5 lat studiów, a tym razem nie przeżył godzinnego pobytu w etui na komórkę i krzyku „Ana, te llama, Ana te llama!!”(Ania dzwoni, Ania dzwoni)połączonego z energicznym machaniem etui, w wydaniu animatora o ksywie CHINO . Wszyscy pomagali szukać, jednak bez efektu. To tylko początek dobrej passy moich dewocjonaliów, ponieważ kilka dni później zgubiłam szkaplerz. Ale wracając do tygodnia patologii. Srodowy wieczór i czwartkowy poranek minęły podobnie jak te poprzednie. Każdego ranka  inni profesorowie pomagali odwadniać wejście. Widok Carlosa, naszego profesora od francuskiego, w dresach podciągniętych do kolan i klapkach ogrodowych- prześmieszny. Wszyscy bowiem szybko nauczyli się, że należy przynosić ze sobą ubrania na przebranie.  Po odgarnianiu wody i krótkiej pomocy Doris przy rozdawaniu list, kredy, podbijaniu karnetów, przyszło do mnie dziecko ze zbitą ręką. Okazało się, że kolega przyciął mu ją drzwiami. Zimna woda i czekamy chwilkę. Ręka zaczęła się robić coraz większa. Dzwonię zatem do brata Raula czy mogę iść z dzieciakiem do Centro Medico. Okazuję się, że rozdaje na slumsach ulotki. Dzwonię zatem do brata Osbela. Idzie ze mną, ale po 5 minutach już zostajemy sami. Ja i 9-letni Rafael. Zapłakany i przerażony. Na szczęście obeszło się bez zastrzyków i bez potrzeby zgody rodziców. Jedynie na zimny opatrunek i dawkę leku przeciwbólowego musieliśmy czekać prawie godzinę. W między czasie wszystkie pielęgniarki zdążyły się już mnie wypytać skąd jestem, dlaczego mam niebieskie oczy, co tutaj robię, czy w Polsce jest zimno, czy mam farbowane włosy itd. Wracamy do Bosconii. Chłopiec w końcu zaczyna się do mnie odzywać. Chce iść do domu. Oczywiście ktoś go zaraz odprowadzi. Niestety wracamy akurat na moją ulubioną godzinę warsztatów. Więc sadzam chłopca w biurze i latam rozdawać listy, szukać kluczy, szukać profesorów, jak zwykle. Jak już udaje się wszystko ogarnąć, okazuje się, że wszyscy są już zajęci, więc sama idę odprowadzić chłopca. Po drodze opowiada mi, że mieszka z tatą, bo rodzice się rozstali, ale tata pracuje do późna, więc idziemy do domu jego cioci. Na miejscu okazuje się, że u cioci jest akurat jego mama. Zostawiam więc dziecko pod dobrą opieką. Taką mam przynajmniej nadzieję. Wracam do Bosconii, aby odebrać telefon z zapytaniem czy mogę przyjść do Centro Medico, ponieważ brat Osbel jest tam z dziewczyną, którą bardzo boli brzuch. Krótka konsultacja z Doris, żeby wiedziała, że znów zostaje sama na placu boju i idę. Okazuje się, że to Tereza. „Ale przez Z”. Tak zawsze mówi. Jedna z Laurit, grupy Doris. Wygląda nieciekawie. Czekamy na wizytę u lekarza, ale okazuję się na szczęście, że to zatrucie i skończy się na zastrzyku i diecie. Kolejne pół godziny czekamy na zastrzyk, ale to już nie dziwi. A wieczorem znów pada… W piątek rano zatem znów odgarnianie wody, ale sił już nam brakuje. Bolą mnie ręce, których nie mogę podnieść. Tak to jest jak się nie uprawia sportów, tym ulubionym, o którym wspomniałam w ostatnim poście, a który tak rozśmieszył mojego szwagra, jest pływanie. 

Wieczory po kolacji spędzaliśmy wszyscy na zliczaniu obecności dzieci, aby móc rozpocząć wypisywanie ok 400 dyplomów i certyfikatów z ocenami. W czwartek jeden z braci siedział robiąc to do 3 w nocy, co Doris skwitowała: „ po co to robiłeś, skoro mamy jeszcze dwa wieczory, zdążymy spokojnie”. Niestety, szybko pożałowała tych słów, kiedy w piątek o godzinie 18.45 usłyszałyśmy grzmoty, zobaczyłyśmy błyski i zgasły wszystkie światła. To był punkt kulminacyjny tygodnia patologii. Burza na pustynii. Okazało się, że to awaria na terenie całego miasta. Nieszpory  i kolacja przy świecach można przeżyć. Troszkę gorzej było ze zmywaniem przy świecach i towarzystwie robaków, które boją się przecież tylko światła. A niestety tego dnia przypadała nasza kolej. Chyba nigdy nie zrobiłyśmy tego tak szybko. Niestety później moje oczy przeżyły tylko 30minut wypisywania dyplomów przy świeczkach i latarce. Po zawrotach głowy, stwierdziłam, że lepiej będzie jak skorzystam ze szczęścia, że mój laptop jest naładowany i zacznę robić listę dzieci na bazar. Zwłaszcza, że nie lubię ciemności i bałam się iść sama do naszego lekko oddalonego pokoju. Siedzieliśmy zatem w bibliotece, pracując po ciemku do godz.24.00. A 10 minut po tym, jak weszłyśmy do naszego mieszkanka, dostrzegłam przez okno zapalone światła u sąsiadów, co oznaczało, że prąd wrócił!
Tak nam minął tydzień pataologii, zakończony rozdaniem nagród i świadectw, a tym samym zakończyliśmy Vacaciones Utiles 2012. Mieliśmy cichy plan, by po rozdaniu dyplomów gdzieś się ulotnić, aby uciec od tłumu matek reklamujących liczbę obecności swoich dzieci lub przekonujących nas, że dzieci był  na wszystkich mszach. Na szczescie nie było to konieczne. Direktora Doris wymachała tylko jednej pani listą przed nosem krzycząć: „raz, dwa, trzy, pani dziecko ma 3 nieobecności, dziękuję bardzo”. I zapanowała cisza i spokój.
Od tego czasu minął już tydzień podczas którego kontynuowaliśmy oratorium popołudniowe, a porankami przenosiliśmy krzesła, myliśmy rozpuszczalnikiem ławki, robiliśmy ewaluację, przepisywaliśmy listy na komputer, rozdawaliśmy ulotki ze szkoły technicznej, a także udaliśmy się z naszymi profesorami na całodniową wycieczkę na plażę. Dzisiaj wyjechali klerycy i powoli wracamy do wcześniejszego trybu życia. Mam nadzieję, że teraz będę miała odrobinę więcej czasu, by napisać wam coś więcej niż tylko sprawozdanie.  Pozdrawiam upalnie!

wtorek, 7 lutego 2012

PREZENT NA MISJE

Kto oglądał filmik „Jadę na misje” nagrany przez Salezjański Ośrodek Misyjny lub kto mnie dobrze zna i rozmawiał ze mną przed wyjazdem do Peru, wie, że wyjazd ten jest po części moim podziękowaniem Bogu za niezliczoną ilość dobra, które mnie spotkało w życiu. Za najbardziej pokręconą i najcudowniejszą na świecie rodzinkę, za najlepszego na świecie  chłopaka, za przyjaciół, za oazę, studia.. itd. Jednak Pan Bóg jest bardzo nieprzewidywalny w swojej dobroci i z okazji wyjazdu postanowił podarować mi kolejny prezent… 

Kiedy pojawiła się na zjeździe w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym, chyba nawet nie zamieniłyśmy z sobą zdania. Jedyne co wiedziałam to to, że była na misji krótkoterminowej w Albanii i że przyjeżdża do SOMu z Anglii. Kolejny zjazd i dowiedziałam się, że może też wyjedzie na długitermin i że bardzo chce jechać do Peru. Dopiero w styczniu, na spotkaniu dotyczącym rodziny poznałyśmy się lepiej. Bo oczywiście musiałyśmy gadać o facetach… jak to baby. O księciach z bajki, których jeszcze wtedy nie znałyśmy. Ale ja wcale nie myślałam wtedy, że może też wyjadę do Peru. Przecież znałam tylko angielski i trochę francuskiego. Ale marzec wszystko zmienił i okazało się, że tak, prawdopodobnie pojedziemy razem do Piura. Tak właśnie poznałam moją „mentalną siostrę”. Siedzi sobie koło mnie i zupełnie nieświadoma, że właśnie piszę o niej posta, wystukuje coś na swoim laptopie.  Dlaczego „mentalna siostra”? O słuchaniu podobnej muzyki, fascynacjach podobnymi filmami i wybieraniu podobnej pasty do zębów już czytaliście. Można dodać do tego ten sam ulubiony sport, zamiłowanie do kolekcjonowania kolczyków, wspólne farbowanie włosów i wypady na zakupy, godziny spędzone na skypie z naszymi chłopakami, wspólne obmyślanie prezentów dla nich, takie same rzadkie imię babci- Marianna, wieczorne pogaduchy, wspólne plany na wakacje i to, że dla części naszych peruwiańskich dzieci, nadal jesteśmy „igualitas”, czyli takie same, jak bliźniaczki.  Ale mentalna siostra to także codzienny wspólny różaniec i wspólne wyjścia na adorację do parafii, to wspieranie się, kiedy jest ciężko, wspólne wkurzanie się  i wspólne śmianie kiedy jest wesoło. Piszę tego posta, bo moja mentalna siostra ma dziś urodziny i chcę jej jeszcze raz życzyć wszystkiego najlepszego. I chcę, aby wiedziała, że jest prezentem od Pana Boga i bez niej ta misja byłaby dużo trudniejsza i smutniejsza. I piszę abyście i wy pamiętali, że Pan Bóg daje nam każdego dnia wiele prezentów, a my nie zawsze potrafimy je zauważyć i  za nie dziękować.

czwartek, 26 stycznia 2012

musisz to napisac na blogu...


Musisz to napisać na blogu”- powiedziała Doris podczas naszej codziennej wieczornej pogawędki podsumowującej emocje całego dnia. Ostatnio tyle się dzieje i w tylu miejscach naraz jesteśmy, że nie wszystkie sytuacje jesteśmy w stanie opanować, dlatego słuchamy wieczorami swoich opowieści. I dlatego piszę. Choć ledwo patrzę na oczy. Ale opiszę wam dzisiejsze przedpołudnie, abyście choć odrobinkę wiedzieli czym są VACACIONES UTILES dla zapisanych 630 dzieci.
Planowa pobudka o 5.40. Nie wyszło, wstałam o 5.50. Szybkie ogarnięcie się, makijaż obowiązkowo, no bo jak to -LALA bez makijażu? I o 6.05 już jestem na skype. 30 minut dla Ukochanego. Tak bym chętnie zaczynała każdy dzień. Niestety nie zawsze udaje się wstać. 6.40 medytacja z lekkim poślizgiem i msza święta. Śniadanie i jazda do oratorium. O 8.00 wpuszczamy profesorów, bracia i pomocnicy zamiatają całe patio, którego podłoga pokryta jest woreczkami po sprzedawanych przy bramie lodach wodnych. Pani sprzedaje dziennie ok 300 lodów, myślę, że połowa opakowań po nich leży wlaśnie na podłodze w patio. Ja piszę i przyklejam kartki z nazwami warsztatów,  na drzwiach salonów, w których się odbywają. O 8,15 wpuszczamy dzieci i zaczyna się: „Senorita, pelota” (Senorita, piłka…)!!! O 8.45. zaczynamy formację, dzieci ustawiają się klasami ze swoim profesorem i transparentem z nazwą klasy na przedzie. 9.00 zaczynamy lekcje. Pierwsze 45min mam „WOLNE”, więc chodzę po wszystkich klasach licealnych, aby dowiedzieć się kto z uczniów jeszcze nie zapisał się na żaden warsztat. Łącznie takich osób jest ok 100, więc pora ich wyśledzić. W między czasie przybiega do mnie chłopak, ze w 2 liceum ktoś się bije i nauczycielka poszła do Padre, który odesłał ją do mnie mówiąc, że to ja rozwiąże problem. Po 45 minutach muszę lecieć na moją lekcję matematyki z 3B. Matma jakoś poszła. Może i pan Burzyński, mój nauczyciel z LO nieźle by się zdziwił, że JA mogę dawać komuś lekcje z tego przedmiotu, ale w końcu tabliczkę mnożenia do 100 opanowałam już w podstawówceJ  Najgorsza dla mnie pora następuje po trwającym 30minut czasie wolnym. Wszyscy z „ekipy zarządzającej” poza mną, mają jakiś warsztat. Doris angielski, bracia- muzykę i gry salezjańskie oraz basen. Pozostaję sama na placu boju. Okazało się, że całkiem duża grupka dzieci nie ma jeszcze warsztatu. Zaczynam więc zapisywać: piłka nożna dzieci, piłka nożna średniaki, piłka nożna liceum, siatkówka, manicure, wyszywanie, biżuteria, doświadczenia, gospodarstwo, szycie, komputery, rysunek, robótki ręczne, muzyka, francuski, angielski, czytanie bajek itd.  W między czasie ktoś krzyczy, aby otworzyć bramę.  Biegnę, a przy samych drzwiach okazuje się, że nie mam kluczy. Pożyczyłam któremuś z  braci. Wracamy do zapisów, część dzieci już sobie poszła, ale gdzie? Nie wiadomo, a Bosconia duża. Bo nie ma nikogo aby to sprawdził skoro ja zapisuję. Nic to, po chwili okazuje się, ze w biurze jest chłopiec, który rozbił sobie głowę. Dzwonię do brata Raula, który dziś przyjechał z wakacji. „hermano, pilna sprawa, przyjdzie brat szyyybko” rozłączam się i ze spokojną świadomością, że zaraz ktoś przyjdzie na ratunek, po raz kolejny wracam do zapisywania. Niestety po 10 min, kiedy idę sprawdzić czy brat zabrał chłopca, okazuje się, że nie przyszedł. Dzwonię tym razem do Padre i mówię, aby szybko wysłał do mnie wspomnianego Raula. Po chwili przychodzi, ale co się okazuje? Chłopca już nie ma w biurze. „Gdzie jest to dziecko z rozbitą głową, które przed chwilką tu siedziało?”- pytam profesora od matematyki z liceum i jednego z animatorów siedzących w tym samym biurze. „A nie wiem, poszedł gdzieś sobie”.  JAK TO POSZEDŁ?? Normalnie. Jesteśmy w Peru.  Dziecko udało się znaleźć, poszło sobie pograć z innymi dziećmi. Na szczęście skończyło się na opatrunku na głowie. Godzina okazała się za krótka, bym mogła zapisać wszystkie dzieci na warsztat  i jednocześnie ogarnąć wszystko co się dzieje na około. Może jutro się uda. Dzieci wychodzą o 12.30. Później krótkie lub dłuższe, spotkanie z profesorami o od razu z biegu na obiad, który oficjalnie zaczyna się o 13.00, a praktycznie ok 13.30. A o 14.45 zaczynamy nasze popołudniowe oratorium SOL BOSCO, czyli gry i warsztaty. Proponujemy piłkę nożną, siatkę, koszykówkę, biżuterię, muzykę, taniec, i robótki ręczne. No i obowiązkowo 2x w tygodniu basenJ Gramy tak z dzieciakami do 17.30. I tak nam mijają szybciutko dzień za dniem. Muszę przyznać się do pewnego kłamstewka. Od momentu, kiedy się wydarzył dzień, który opisuje, minęło 1,5 tygodnia. Niestety nie miałam czasu dokończyć posta. Każdy dzień przynosi jednak nowe doświadczenia, nowe nerwy i nowe radości. Codziennie nie przychodzi któryś z nauczycieli, codziennie kogoś coś boli, czasem zdarza się, że któreś z maluchów nie zdąży do toalety, albo dzieciaki zamiast iść na warsztat kradną limonki z drzew w ogrodzie koło plebanii. I wiele innych historii, które postaram się wam opisywać częściej. A poza tym, Magda miała rację. Karaluchy latem są WIELKIE!

środa, 11 stycznia 2012

Takie tam, głupie tłumaczenie, PUES!

    
    Kochani wiem, że dawno nic nie pisałam, dlatego postanowiłam napisać kilka słów w ramach usprawiedliwienia. Ostatni czas jest dla nas bardzo pracowity, a przed nami jeszcze 4,5 tygodnia vacaciones utiles. Zaraz po świętach rozpoczęłyśmy akcję ulotkową dotyczącą wakacji. W tym roku Padre postanowił: ” bez samochodu”, piechotą, dom za domem. Od poniedziałku do piątku rano i popołudniu, razem jakieś 4-5h dziennie. O sylwestrze mogliście przeczytać na blogu mojej mentalnej siostry, więc nie będę się rozpisywać (www.doriswperu.blogspot.com). A później to już inwentaryzacja materiałów, ławek, salek, przenoszenie ławek, poszukiwania profesorów, sprzątanie boiska, zebrania, robienie karteli. Niestety do organizacji wszystkiego zostałyśmy tylko my i Padre, ponieważ reszta wspólnoty wyjechała. W zeszłym tygodniu ksiądz postanowił jednak wyruszyć  na dzielnicę jeszcze raz, tym razem z samochodem z zamontowanymi głośnikami krzyczącymi o zapisach na wakacje w Bosconii. Nikt poza mną i Padre nie ma prawa jazdy, także chcąc, czy niechcąc musiał wręczyć mi kluczyki mianując mnie „szoferką” Bosconii. Reakcja ludzi widzących gringę prowadzącą busa między slumsami , BEZCENNAJ Raz nawet udało mi się zakopać. Ale to chyba kara za niesłuchanie księdza mówiącego: ” na Adelanio Kurt Beert lepiej nie jedzcie, bo dużo piasku tam jest…”;) Niestety klerycy wydelegowani do pomocy podczas wakacji, przyjechali dopiero dzień przed oficjalnym ich rozpoczęciem, dlatego idąc za przykładem zeszłego roku, wywiesiliśmy rano wielki napis, że przepraszamy, ale rozpoczynamy w poniedziałek. Dodatkowe pięć dni było dla nas zbawieniem, jednak i tak w niedzielę położyłyśmy się spać o 4 rano kończąc ostatnie listy, kartele i przyklejając napisy. No i doczekałyśmy się słynnych wakacji w Bosconii. Dziś za nami drugi dzień. Nie uwierzycie, ale mam lekcje matematyki z dziećmi z 3 klasy podstawówki. Dzisiaj nie przyszła pani od komunikacji, więc miałam i toJ  W końcu na misjach wszystko jest możliwe. Zapisanych dzieci 600, jednak zapisy nadal trwająJ A w czwartek ruszamy w oratorium popołudniowym, w którym prawdopodobnie będę miała warsztaty ze śpiewu.  Jak uda mi się znaleźć chwilkę to napiszę coś więcej. Pozdrawiam was wszystkich gorąco i pamiętam w modlitwie!

wtorek, 27 grudnia 2011

Boże Narodzenie, czy magia świąt.

    
    Myślę, że Boże Narodzenie na misjach to temat bardzo mile widziany na blogu. U mnie właśnie kończą się te święta. Jest 25 grudnia, niedziela. Dla pracowników Bosconii właściwie zwykły weekend. Wczoraj pracowali normalnie do 12-13, a dziś niedziela, wolne. Jutro o 7.00- 8.00, znów tu zawitają. Niestety, kalendarz nie był łaskawy w tym roku i nie dał im żadnego dnia wolnego. Jak przeżyłam święta? Szczerze mówiąc obawiałam się, że będzie trudniej. Mogę spokojnie stwierdzić, że przeżyłam te święta tak, a nie inaczej, dlatego, że jestem w Ruchu Światło- życie. Przeżywanie od 9 lat, co roku rekolekcji wakacyjnych, a w ich trakcie, świąt Bożego Narodzenia, nauczyło mnie, że Boże Narodzenie to nie tylko chłód, śnieg, choinka, wigilijne potrawy. To nawet nie rodzina, zapach ciasta, czy najlepsze uszka mamusi wyrobu. Zdarzało się już, że przeżywałam bardziej w sercu właśnie to „imitowane” Boże Narodzenie w środku lata. W letniej sukience, śpiewając kolędy w gorący letni wieczór z grupą kilkudziesięciu mniej lub bardziej znanych mi osób. Podobnie było i tu. Upał, w każdym sklepie amerykański święty Mikołaj, supermarkety otwarte 24h z promocjami na prezenty od godziny 2 do 4 w nocy i napływające z każdej strony dźwięki „Feliz Navidad” na melodię „Jingle bells”. Już w środę przyżywaliśmy kolację wigilijną we wspólnocie. 2 księzy, 3 zakonnice, 4 braci zakonnych i my, dwie gringi dziwiące się, że na Wigilię je się indyka. No właśnie, był indyk, koniecznie. Ten sam, którego szczepiłyśmy dwa miesiące temu. I szampan był (oczywiście nie piłam, już wszyscy wiedzą, że jestem w KWC i nawet nie próbują mnie namawiać na próbowanie niczego).  
Była też choinka i wspólne nabożeństwo adwentowe do Matki Bożej, Królowej adwentu. Nawet i prezenty były. W czwartek kolejna wigilia, tym razem z pracownikami szkoły. A później zakupy, nocne pieczenie ciastek dla dwóch braci wyjeżdżających na święta, a w piątek znów zakupy, bo przecież kupienie tutaj wszystkiego co potrzebne, wcale nie jest takie proste. Zwłaszcza jak się wie, że na niedzielny obiad potrzebne jest ci mięso mielone, a w hipermarkecie, do którego w końcu udało ci się dotrzeć akurat popsuła się  maszynka do mielenia. Sobota to dzień, w którym zrozumiałam co czuła moja mama w każdą wigilię. Cały dzień w kuchni przygotowując ciasta, uszka, barszcz, rybę po grecku, by w końcu przebrać się w biegu i zasiąść do kolacji. W dużo mniejszym gronie. Był opłatek przysłany z SOM-u i barszcz z uszkami. Ale klimatu nie było. Bo klimat jest typowo polski. Nasza kolacja trwała 40 minut, a później każdy poszedł przygotowywać się do mszy, której nazwa -„Missa de gallo”- za nic w świecie nie kojarzy się z pasterką. Doris kojarzy się z kurą. (gallina-hiszp.). Podczas mszy, przed śpiewem Gloria, nastąpiło procesyjne „wniesienie Pana Jezusa i ułożenie w żłóbku”. A później radosne „Grande aplauso para Niño Jesus”, czyli wielkie brawa dla Pana Jezusa  i koniecznie dla Matki Bożej także. Po mszy życzenia, uściski i pogawędki. Zwyczajem tutaj jest jedzenie kolacji dopiero po mszy świętej, dlatego dość szybko wszyscy udali się do swoich domów. My we wspólnocie spotkaliśmy się, aby wypić tradycyjną bożonarodzeniową gorącą czekoladę i zjeść pannetona, a o 24.00 fajerwerki.  Zamiast je oglądać śpiewałyśmy sobie z Doris w kaplicy polskie kolędy.
    Czy było ciężko? Było inaczej niż zwykle. I było pięknie. Bo Jezus wcale nie urodził się w dogodnych warunkach. Matka Boża na pewno nie taki klimat wymarzyła sobie do narodzin pierworodnego syna, w dodatku Syna Bożego. A jednak, narodził się w stajence, a i tak aniołowie wyśpiewywali Mu chwałę. Zabraklo polskiej ¨magii¨ swiat, ktora kocham calym sercem, ale narodzil sie Bog, a to o wiele wazniejsze od calej otoczki!:) 

wtorek, 20 grudnia 2011

Listy, Gran Bazar, czekolada i puste miejsce przy stole.

    Jak już kiedyś wam pisałam, na naszej misji wszystko zmienia sie jak w kalejdoskopie. Emocje, samopoczucie, wspomnienia. Przez ostatni czas żyłyśmy juz świętem oratoriów, bazarem, Bożym Narodzeniem dla dzieci, pożegnaniami, Bozym Narodzeniem dla animatorow. Ale wszystko po kolei…


    
    08 grudnia, uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP. W Polsce kojarzyła mi się tylko z oazą i przyjęciem do deuterokatechumenatu. Tutaj dowiedziałam sie, że 08 grudnia uznaje się za datę, powstania pierwszego oratorium księdza Bosko. W salezjańskim świecie Ameryki Południowej, jest to wielka fiesta dla wszystkich oratorianów. W Bosconii, organizowaliśmy dla nich gry i zabawy (salezjańskie oczywiście). Po mszy porannej rozdawaliśmy także czeki, na których widniała liczba bosków, czyli salezjańskiej waluty.  Kwota bosków na czeku zależała od liczby obecności w oratorium przez cały ostatni rok. Oczywiście, aby takie czeki wystawić dla około 500 dzieci, najpierw trzeba było poświęcić kilka nocy na policzenie obecności, a następnie jedną noc na wypisanie imiennych czeków dla wszystkich dzieci. Jednak popijanie kawy, zajadanie słodkiego popcornu i  słuchanie peruwiańskiego radia, a także towarzystwo prawie wszystkich braci, którzy pomagali w pisaniu, sprawiło, że nie było tak źle. Same święto przebiegło, jak to w Peru, troszkę nerwowo. Niestety spora część rzeczy robiona na ostatnią chwilę, przy takiej liczbie dzieci, powoduje, że kilka osób musi biegać w każdą stronę załatwiając to i owo. Niestety tym razem bieganina przypadła mi w udziale i jak wyglądał bazar dowiedziałam się tylko z opowieści Doris. Ale uśmiechnięte twarze dzieci, które musieliśmy odwozić z bratem do domów, gdyż wyszły późno z Bosconii i bały się wracać same, rekompensowały wszystkie nerwy. 


    Kilka dni później kolejna wielka fiesta, choć limit miejsc zmniejszony do 300. Navidad del niño- Boże Narodzenie dla dzieci, czyli gorąca czekolada i prezenty dla wszystkich dzieci, które rzeczywiście uczęszczały cały rok do oratoriów. Zdecydowanie mniej nerwów i lepsze zorganizowanie wszystkiego. 


Niby już spokojniej, bo Navidad del Nino kończy działalność oratorium, ale pozostaje jeszcze zorganizować Navidad de jovenes, czyli czekoladę dla animatorów i wszystkich, którzy pomagali w Bosconii w ciągu roku. A to kolejne listy, kolejne adresy, kolejne  prezenty do spakowania na ostatnią chwilę. Bo jak to napisała Kasia na swoim blogu z Calci: „po co się śpieszyć, jesteśmy w Peru”. „O señorita Secretaria” usłyszałam wczoraj, kiedy kolejny raz czekałam- z listami w ręku- w kolejce, aby dostać się do bardzo okupowanego w ostatnich dniach, biura Padre Pedro.
Grudzień to u nas także miesiąc ewaluacji pracy, inwentaryzacji pomieszczeń, sprzątania i pożegnań. Wczoraj przyszły oficjalne listy posłuszeństwa od księdza inspektora dla wspólnoty. Jeden z braci wyjechał jednak już wcześniej. Nasz kompan z oratorium, brat Elias. Największy uśmiech przy stole i największe wsparcie w codziennej pracy. Jako dla łasucha przygotowałyśmy mu ciasto z bitą śmietaną i paczkę ze słodyczami i innymi drobiazgami, które wręczyłyśmy mu podczas ostatniej wspólnej kolacji we wspólnocie mówiąc tylko, że będziemy tęsknić. Za naszymi piątkowymi wieczornymi zebraniami, za uśmiechem dziecka, za jedzeniem ciastek razem z zupą i wielkim zeszytem, w którym zawsze wszystko było zapisane. Teraz pozostałyśmy same na placu boju, na kolejny rok ksiądz inspektor nie wysłał żadnego kleryka na jego miejsce. Na pytanie, kto w takim razie będzie teraz zajmował się oratorium, usłyszałyśmy odpowiedź: „Wolontariuszki”. Także tak.  Trzymajcie kciuki!


piątek, 9 grudnia 2011

„Gwiazdy dla ludzi mają różne znaczenie. Dla tych, którzy podróżują są drogowskazami (…), lecz wszystkie te gwiazdy milczą. Ty będziesz miał takie gwiazdy, jakich nie ma nikt. Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.”


    Tego posta dedykuję wszystkim moim gwiazdom, które sprawiają, że mimo 13 tys. km, które dzielą mnie od domu, nie czuję się samotna. Dziękuję za CODZIENNEGO maila i smsy, rozmowy z kamerką i bez, pachnące chusteczki, mikołajkowe smsy, elaboraty na 4 strony, kartkę z papeterii z napisem „Hermana uśmiechnij się”, pozostawioną na łóżku. Dziękuję za ręcznie robioną pocztówkę i zdjęcie Mikołaja- Dyrektora, za sianko, zdjęcia dzieci, konferencje, sprawozdanie z domu, które rozśmiesza do łez i za wszystkie maile, te pisane ukradkiem w pracy i te, na które trzeba czasem długo poczekać. I za modlitwę, którą po prostu czuć.
    Nie tylko w dzieciach, dla których tutaj jestem objawia się Bóg. Także w każdym z Was, pokazuje mi nieustannie swoją MIŁOŚĆ. Jedyne, co mogę ofiarować w zamian, to oddanie was wszystkich, których noszę w sercu, właśnie TEMU BOGU, którego niepojęta Miłość i łaska dosięgają nas każdego dnia…